sobota, 30 listopada 2013

Pierwsze dni i Festa do Trabalho

     W głowie kłębiły się mieszane uczucia. Z jednej strony byłem niesamowicie szczęśliwy i podekscytowany, że wreszcie tu jestem. Z drugiej otaczali mnie ludzie, których zupełnie nie znam. Byłem zdany na ich łaskę lub nie łaskę a tego za bardzo nie lubię... No ale witaj przygodo.

     Po śniadaniu byłem umówiony z Malanią, która miała mi pokazać okolice i oprowadzić po posiadłości. Jedną podobną wycieczkę już miałem, ale jak pamiętacie niewiele rozumiałem, więc byłem rad – wreszcie ktoś coś opowie po angielsku. Zaraz po wyjściu za bramę w ruch poszły aparaty fotograficzne. Pogoda nie sprzyjała robieniu zdjęć, ale i tak widoki przecudne. Przede mną rozpościerały się wielkie, zielone góry, najwyższe szczyty skryły się we mgle. Jak okiem sięgnąć wielka dżungla, palmy, bananowce, bambusy. Cała ta egzotyka niesamowicie do mnie przemawiała, raz po raz pojawiały się ciarki na plecach i znowu czułem to ściskanie w żołądku – tym razem z powodu swego rodzaju ekstazy wywołanej ilością otaczającego piękna. Jak się człowiek na chwilę zatrzyma, to dostrzec można niesamowitą rzecz – tutaj wszystko wręcz kipi życiem. Wystarczy rozchylić krzaki by wyskoczyły ptaki, wyślizgnął się wąż czy czmychnął legwan. Czułem się trochę jak łasuch wpuszczony do wielkiej hali ze słodyczami. Wszystkiego trzeba dotknąć, posmakować, powąchać. Nawet zwykłe liście wydawały mi się jakieś takie piękniej zielone. I tak wędrowaliśmy sobie po pomarańczowej drodze wijącej się niestrudzenie zboczem wielkiej, zielonej góry. Za każdym zakrętem kryły się nowe czary i cudne pejzaże. Oczywiście dużo też rozmawiałem z Melanią, próbując wybadać jak tu się sytuacja przedstawia. Na co mogę liczyć, czego się spodziewać. Dowiedziałem się jednak w zasadzie samych dobrych rzeczy. W dobry nastrój wprowadzali mnie też postronni ludzie, którzy przechodząc czy przejeżdżając obok pozdrawiali i witali się z nami z uśmiechem od ucha do ucha – ot taka zwykłą uprzejmość, tutejszy sposób bycia. Zawsze brakowało mi tego w Polsce... Nadszedł jednak w końcu czas powrotu. Za wielką bramą CDC miałem odbyć kolejną podróż po terenie. Sytuacja wygląda następująco. Po wejściu na teren widać sporo drzew obudowanych kwietnikami. Przy bramie znajduje się niegdysiejszy dom wolontariuszy, a aktualnie rupieciarnia. Na wprost od bramy, za drzewami znajduje się małe boisko i jednocześnie podwórko, a tuż za nim pralnia – spory, zadaszony budynek, bez frontowej ściany, w którym można się oprać. Co ciekawe znajdują się tam wielkie zlewy z charakterystycznie wyżłobionymi i ukośnie zamontowanymi kamiennymi płytami, służącymi do prania ręcznego. Dotąd widziane tylko na filmach. Ciepłej wody oczywiście nie ma, pralki też nie przewidują podgrzewania wody w czasie prania, więc rezultaty tego prania bywają co najwyżej średnie. Po lewej stronie boiska, znajduje się spory budynek – stare mieszkanie dla dzieci i wolontariuszy, na drugim piętrze mieszka Renato z rodzinką, na pierwszym Melani, a reszta pokoi stoi pusta, a na parterze częściowo pozbawionym ścian znajduje się warsztat. Tam gdzie nie ma ścian ustawiane są rupiecie, samochody, motory itp. Pierwsze piętro jest dodatkowo mostem połączone z drugim budynkiem, w którym znajduje się kuchnia, jadalnia (parter) oraz sala telewizyjna, biblioteka i stare gabinety dentystyczne, lekarskie itp. (pierwsze piętro). Jeszcze bardziej na lewo znajduje się ścieżka prowadząca ostro pod górkę do kolejnego domu dla wolontariuszy – tak, dla wolontariuszy przewidziano naprawdę duuuużo miejsca – ścieżką tą idzie się obok sporego basenu, na oko piętnaście na osiem metrów i metr, a od połowy dwa metry głębokości. Sam dom znajduje się wyżej i graniczy z lasem. Jest tam kuchnia, łazienka i kilka pokoi. No ale wróćmy do naszej bramy i tym razem odwróćmy się w prawo. Najbardziej na prawo zobaczmy wielką konstrukcję z dachem oraz betonowym podłożem – świetne boisko do gry nawet w czasie deszczu. Nieco bliżej i bardziej na lewo jest plac zabaw, a na wprost za nim znajduje się domek dla... wolontariuszy, którzy pracują w „horcie” (horta to po ichniemu plantacja). Tym razem zamieszkuję go ja... W linii prostej za moim domkiem znajduje się horta, bananowce, jeziorko itp., a idąc znowu troszkę na lewo – kurnik, który prawie graniczy z wyżej opisaną pralnią. Acha – za jadalnią, jakieś dwieście metrów w głąb lasu znajduje się stara szkoła – obecnie ruina, którą zamieszkują nietoperze, kurz, pleśń i resztki starych mebli. Wszystko to jednak, mimo kiepskiego stanu, gdzieś tam po trochu przypomina dawną świetność CDC. Oczywiście widząc to wszystko, natychmiast w mojej głowie pojawiło się tysiące pomysłów co by tu ulepszyć, usprawnić, dobudować. Miałem jednak w pamięci rozmowę z Eduardo, w której wyjaśniał mi – na wstępie studząc nieco mój zapał – że tutaj życie płynie zupełnie inaczej. Zawsze nowi wolontariusze mają tysiące projektów, pomysłów i wiele chęci, ale niestety rzeczywistość w Brazylii jest nieco inna. Najkrócej można to określić, na ogół znanym europejczykom słowem „maniana”. Życie w Europie to rwąca rzeka, wydarzenia zmieniają się szybciej niż na ogół byśmy chcieli, łączą się i plączą, a szybki nurt i ogrom zdarzeń z wielką siłą zmienia systemy wartości, kulturę, sztukę i w ogóle całą cywilizację jako taką. W Brazylii natomiast? Na prowincji? Hmmm.... Tutaj tematem dnia może być wszystko – jajko zniesione przez kurę, ale większe niż normalnie, pogięta łyżka czy czyjaś krzywa mina. Tutaj rzeka zdarzeń płynie bardzo wolno i leniwie. Pomyje doń wpuszczone długa smrodzą – spróbuj się potknąć, a będziesz na językach przez kolejne miesiące. No bo przecież czymś trzeba żyć. Jeśli nie można żyć wielkim światem, polityką, sekretami bożyszczy pop kultury, czy nadchodzącym końcem świata, to żyje się swoim małym światem, a drobne problemy urastają do kosmicznych rozmiarów. Coś w stylu „Chłopi”, Boryna i te sprawy. Pracuje się tu też inaczej – przynajmniej w CDC. Rano się podlewa warzywka, potem koło 9 zaczyna się pracę po długim śniadanku i rozmowach. Koło południa lunch i siesta do 14 i potem jakieś dwie, trzy godzinki pracy. I fajrant – a potem – jak w znanym skeczu Stuhra – siedzimy se, nic się nie dzieje... Oczywiście wolontariusze mają trochę inaczej – na 8 trzeba być w Xeren w jednym z domów, a to 12 kilometrów dziurawą górską drogą, którą trzeba pokonać rowerem. Jak nie pada to super, ale czasem po prostu leje. Potem 5 lub najczęściej 10 godzin pracy z dziećmi i znowu 12 kilometrów do domu. Najczęściej wraca się koło 20:00 – 21:00 i jedynym marzeniem jest jedzenie, prysznic i spanie. No ale od takiej roboty to są właśnie wolontariusze! Zdarzają się wolne dni, ale wtedy to się człowiek oporządza, bo trzeba posprzątać, uprać, itp... Ech...

     I tak to spędziłem sobie pierwsze dni na poznawaniu ludzi i małego świata do którego trafiłem i który zamierzam po trosze współtworzyć i wnieść swoje trzy grosze.... O przepraszam – centavos.

     Nadeszła sobota. I jednocześnie tzw. dzień pierwszych razów. Otóż po raz pierwszy uczestniczyłem w „Festa do Trabalho” czyli w Święcie Pracy. Będąc jeszcze w Polsce myślałem, że to coś na kształt naszego święta pracy i zastanawiałem się jak to się stało, że „zwyczaje kolektywu” trafiły do zielonego raju. Okazało się jednak, że z naszym świętem, to to nie wiele ma wspólnego poza nazwą. Otóż tutaj święto pracy to inicjatywa CDC, która polega na zaproszeniu jak największej ilości wolontariuszy, krewnych i znajomych królika i zorganizowaniu tym ludziom prac, które ludziom na co dzień pracującym w CDC było by ciężko zrobić ze względu na brak czasu. Brzmi to może fantazyjnie, jeśli pamiętacie co przed chwilką opowiadałem o czasie pracy w CDC, no ale niech im będzie... Oczywiście, żeby zachęcić ludzi do „Trabalho” (pracy) – musimy im obiecać też „Festa” (święto, impreza). Na stole pojawiły się więc oczywiście smakołyki, był pokaz capoeiry i inne atrakcje, ale to już „na górze”, czyli w samym CDC – pierwsza część imprezy odbyła się w Casa Beck w Xerem. Casa Beck to jeden z sierocińców przeznaczony dla najmłodszych. Był tam tylko wielki grill i picie. A co z tym Trabalho? Ano rozmieszali trochę farby w przygotowanych przeze mnie puszkach (to ważne, że przeze mnie, bo to było pierwsze moje zlecenie, pierwsza oficjalna praca w CDC) i pomalowali płot na zewnątrz. Ot i tyle było z Trabalho. W międzyczasie Melani oprowadziła mnie po domu, pokazała dziecięce pokoje, łazienki i opowiedziała o wszystkich zwyczajach. Początkowo wydały mi się trochę dziwne, ale z czasem zrozumiałem ich znaczenie i racjonalność. Ot na przykład wolontariuszom nie wolno używać laptopów w Casa Beck. Dlaczego? Bo natychmiast dzieci dopadają takiego delikwenta – ciekawe nowego sprzętu i jego zawartości – i nie dają już spokoju – ani on nic nie zrobi, a i zajęcia rozpirzone. Takich zasad jest naprawdę sporo. Zostałem też wyjątkowo wpuszczony do biura, w którym pracuje tzw. Ekipa Technica, czyli sekretarki, księgowa itp. Tutaj mają one status zarządu i wszyscy się ich boją. Brrr. Zostałem wpuszczony wyjątkowo, bo normalnie wolontariusze i w ogóle osoby postronne nie mają tam wstępu. Dlaczego? No bo jak tam wejdzie 10 osób ponad te, które tam pracują, to z pracy nici – nie za wiele tam miejsca. To kolejna zasada. Tutaj wypada nadmienić, że nie było to dla mnie łatwe. Po tylu latach pracy w miejscu, w którym zajmowałem dość wysoką pozycję i na wszystko patrzyłem z góry – nagle stałem się podrzędnym wolontariuszem, który musi pytać za każdym razem czy wolno to czy tamto – ciężka próba!

     Oczywiście przywitałem się też ze wszystkimi dziećmi. Przywitanie radosne i bardzo przyjacielskie – bom dia tio (dzień dobry wujku) – słyszałem od każdego malucha. Była radość, ale szybko im się znudziłem – jak nowa zabawka. Oni tu mają wielu wolontariuszy, którzy w dodatku ciągle się zmieniają. Nie warto się przywiązywać i oni to wiedzą. Smutne, ale prawdziwe. W dodatku ten nowy nie bardzo szprecha w ich języku. Dopiero dużo później Tio zaczął się na poważnie z dziećmi bawić, naprawiać rowery i miał fajne pomysły – ooo wtedy to dopiero było... Ale to następna opowieść... Kolejny problem pojawił się przy próbie zapamiętania imion – wiele z nich słyszałem pierwszy raz w życiu i były mniej więcej tak charakterystyczne jak co dziesiąte bzyknięcie komara. Po wielu próbach i powtórzeniach te bzyknięcia nabrały jakiegoś znaczenia i dało się je rozróżnić spośród innych dziwnych dźwięków zwanych potocznie językiem portugalskim. Pierwsze rozmowy z dziećmi też przebiegały całkiem ciekawie i wyglądały mniej więcej tak:
dziecko: Tio...(wujku)
ja: Sim? (tak?)
dziecko: Posso(mogę)$%($^%&(^&($^%&#@%@$#&%*^&*((%$#$%@#%%&*%^&$%&%^&&*^(%*$^%^&*&*^%&*%(%^&*(%&(%^????
ja: eeeeeeee???

     W takiej chwili szybko szukało się wzrokiem kogoś kto się znał na tych hieroglifach i drogą urzędową przekazywało się sprawę bardziej kompetentnym. Zrozumienie dzieci było tym trudniejsze, że wiele z nich miało problem z mówieniem i często korzystało z porad speców od tych spraw. Rodowici Brazylijczycy częstokroć nie mogą tych dzieci zrozumieć, więc czułem się po części usprawiedliwiony.

     Z opresji wybawiło mnie dopiero pewne zdarzenie – otóż nagle wszyscy zgromadzili się przy głównej bramie i wniesiono „Piniatę”, czyli wielką, ręcznie zrobioną gwiazdę, a w zasadzie okrągłe pudełko z doczepionymi rogami. Piniata została zawieszona pod bramą i wszystkie dzieci kolejno do niej podchodziły. Każdemu dziecku zawiązywano oczy i wręczano miotłę, po czym dziecko starało się uderzyć jak najmocniej w Piniatę. Stał tam Eduardo, który za pomocą sznurka opuszczał i podnosił Piniatę, skutecznie utrudniając dzieciom zadanie, a całej reszcie dostarczając niezłej zabawy. Cóż może być bowiem bardziej zabawnego niż dziecko machające miotłą ze złością w pustą przestrzeń W końcu Piniata dała za wygraną i się rozpadła, uwalniając ze swoich trzewi furę cukierków ku wielkiej uciesze gawiedzi. Ależ to była walka. „Władca Much” to przy tym bajka dla niemowląt, ale czego to się w końcu nie robi dla odrobiny słodyczy. I tak to się skończyła historia dumnej gwiazdy. Później impreza zamieniła się w swobodne rozmowy pomiędzy gośćmi. Oczywiście nie omieszkałem się w te rozmowy włączyć. Ludzie pytali skąd jestem, po co, dlaczego, jak i w ogóle o co mi w życiu chodzi. Odpowiadałem skrupulatnie do dziesiątego razu. Potem opowieść skracałem do możliwie małych rozmiarów, by móc się bardziej poświęcić zajadaniu smakołyków. Przerwał mi jednak Eduardo i rowerami pojechaliśmy do innego domu – Casa Heppenhaim, czyli domu dla starszych chłopców. Tego spotkania trochę się obawiałem. Kiedy wjeżdżaliśmy, akurat grali w piłkę – kilkunastu chłopa, czarnoskórych z facjatami częstokroć takimi, że w nocy bez kija nie podchodź. Kilka dni później dopiero okazało się ja bardzo mylące było pierwsze wrażenie. I choć mojemu pobytowi w Brazylii często towarzyszy wspomnienie portretu pewnego pana, który popełnił w swoim życiu książkę na temat pochodzenia gatunków, to przyznam szczerze – zżyłem się z tymi facetami. Szczególnie z jednym – Joao Victorem, jako że okazał się kolegą po fachu jeśli chodzi o sztuczki magiczne. Godzinami wymienialiśmy się doświadczeniami, a nawet nakręciliśmy kilka filmów. Ale bawiłem się setnie ze wszystkimi urwisami. Skorzy do bójek, krzykliwi i często zachowujący się jak koguty, a jednocześnie bardzo pomocni, uprzejmi i niesamowicie troskliwi w stosunku do młodszych dzieci. Mieszanka trudna do przełknięcia naraz, ale z czasem nauczyłem się patrzeć na te zachowania nieco szerzej, wpasowując je w ogólnie panujący w Brazylii ideał (czyt: stereotyp) faceta – macho itp.

Początki

     Na kilka dni przed wyjazdem czułem już ściskanie w żołądku. Podróż do Brazylii planowałem od dwóch lat i teraz moje marzenie miało się spełnić. Nigdy jednak nie jechałem tak daleko. To była podróż w nieznane miejsce, do nieznanych ludzi, bez możliwości powrotu w dowolnym czasie. Wóz albo przewóz. Miałem wiele obaw przede wszystkim o to, czy nie będę miał problemów z przejazdem przez granicę. Nie mam wizy, więc teoretycznie nie wolno mi tutaj pracować w charakterze wolontariusza. O wizę oczywiście się starałem – to była jazda, ponieważ najpierw musiałem ubłagać CDC (Casa Do Caminho) żeby przysłali mi mnóstwo dokumentów, a uzyskanie tutaj dokumentów i podpisów notariuszy to droga przez mękę, więc robili to niechętnie, zwłaszcza, że wiedzieli, że wizy i tak raczej nie dostanę. Dla świętego spokoju jednak wysłali. Ja też musiałem uzbierać stos dokumentów, przetłumaczyć, latać po sądach i notariuszach, nie mówiąc o kosztach – koszmar w czterech aktach. Do ostatnich godzin wierzyłem, że wizę dostanę – do dziś nie mam odpowiedzi z ambasady. Ale może to i dobrze. Mogę tu legalnie (jako turysta) zostać 6 miesięcy. Jeśli w tym czasie wizę dostanę, to wrócę do Polski na kilka tygodni i odbiorę wizę, a potem wrócę do (już ukochanego) Rio De Janeiro – miasta kontrastów, problemów społecznych, narkotyków, alkoholu, ale przede wszystkim ludzi otwartych, ciepłych. Do miasta Samby, Ipanemy i Copacabany. Do kraju ryżu i fasoli... Ryżu i fasoli??? Tak, tak – jak pójdziecie do jakiejś restauracji i zamówicie mięso z frytkami, możecie być pewni, że dostaniecie też ryż i sos fasolowy. To pewne jak dwa i dwa to cztery. No, ale wracając do głównego wątku – wyruszyłem pełen nadziei na lepszą i świetlaną przyszłość.... Nie, heh.. nieprawda – wyruszyłem z miną szczęśliwca, ale w środku wiedziałem, że to podróż, w której od chwili wejścia do samolotu będę potrzebował wiele szczęścia, życzliwości ludzi, odwagi i siły do pokonania wszystkich trudności. To jak egzamin z życia, albo test sapera. Każda pomyłka może słono kosztować albo być po prostu ostatnią. Żadnego koła ratunkowego, żadnego telefonu do przyjaciela ani nawet „pół na pół”. Może to brzmi nazbyt patetycznie, ale jak dla mnie to właśnie tak to wyglądało. Pocieszałem się tylko, że przecież to nie jest kraj nieznany, a ja nie jestem Kolumbem płynącym „na czuja” po wodach pełnych mitycznych stworów. Ludzie tabunami tu przyjeżdżają, więc się da! I tej myśli się trzymałem.

     Po ciepłych i czułych pożegnaniach wsiadłem w samolot do Londynu. Latałem już wiele razy, ale w Londynie nie byłem jeszcze, więc było to całkiem ekscytujące. Wiecie – ciarki na plecach, adrenalina i te sprawy... Po jakichś trzech godzinach wylądowałem, wcześniej zrobiwszy sporą ilość zdjęć Londynu z lotu ptaka – żeby nie było, że nie widziałem i nie zwiedziłem najważniejszych miejsc w tym pięknym mieście. Po wyjściu z samolotu poczułem się już trochę nieswojo. Wielkie lotnisko, mnóstwo korytarzy i radź sobie człowieku. Przywykłem też do tego, że na ogół mój poziom angielskiego wystarczał, bo rozmawiałem z ludźmi na podobnym bądź niższym poziomie, a tutaj psikus! Pamiętajcie dzieci – angielski w szkole ważny jest! Czekała mnie podróż do Kornelii. Pierwszy zonk pojawił się w kasie, w której próbowałem kupić bilet autobusowy. Pani stwierdziła, że funty, które mam są nieaktualne i nic za nie nie kupię. Cudownie. Mogę oczywiście wymienić je bezpłatnie w banku. Tja... Zwłaszcza, że na lotnisku banki są na każdym rogu. W ruch poszła więc karta debetowa – do dziś nie wiem ile mnie to kosztowało. Wysiadłem z autobusu już w Oxfordzie totalnie skołowany, bo ruch lewostronny ciągle zadawał gwałt moim przyzwyczajeniom do europejskich, ludzkich i logicznych standardów ruchu prawostronnego. Nie wiem kto to wymyślił, ale miałbym mu parę rzeczy do powiedzenia! Skołowanie na szczęście szybko przeszło, bo znalazłem się w niesamowitym świecie pięknych, małych domków, średniowiecznych kościołów i ślicznych, z wysmakowaną architekturą, tajemniczych uliczek Oxfordu. Cudowna gra świateł, lamp i lampeczek w oknach, tworzyły niesamowity klimat typowo angielskiego miasteczka. Tylko ludzie jakoś tak niepotrzebnie nowocześnie ubrani...

     Poszwendałem się tu i tam czekając na Kornelię. W końcu prawie wpadłem na nią, gdy wychodziłem zza rogu kolejnej kamieniczki. Połaziliśmy jeszcze i wspólnie pojechaliśmy już do niej. W typowo angielskim, małym mieszkanku czekał już na mnie John i pyszna kolacja, wino kobiety i śpiew. Wsuwałem na zapas bo kto wie co będzie w Brazylii. Opowieściom oczywiście też nie było końca. Rano po piątej pobudka, ostatnie spojrzenia na cudne miasteczko i bratnie twarze. Potem już tylko wielki, obcy świat.

     Heathrow to wielkie, nowoczesne lotnisko. Co jeden pracownik to z innej części świata – jedni z turbanami, inni z kropkami na twarzy, kolorowi, biali, czarni. Przy bramce oczywiście musiałem „zapipczeć” więc mnie dokładnie obszukali. Potem podróż metrem po lotnisku i w końcu znalazłem się przy „Gate 52” i swoim samolocie. W około było pusto więc myślałem, że mało ludzi poleci i będę miał samolot tylko dla siebie. A tu kolejny psikus – leciało nas 450 osób. Miałem jednak miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym, więc przede mną nikt nie siedział, a toaleta 2 metry ode mnie – komforcik jednym słowem. Samolot chyba nowy więc sprzęt miał niezgorszy – każdy miał dostęp do swojego komputera z filmami, muzyką, grami i aktualnymi informacjami o locie, wysokości itp. Nie nudziłem się więc. Tylko w przerwach między filmami czułem coraz większe ściskanie w żołądku. Coraz częściej zapalała mi się w głowie wielka czerwona lampa z napisem: „Człowieku, co ty najlepszego robisz???” Pobiłem też chyba rekord częstotliwości odwiedzin w toalecie. „Wdech, wydech, wdech, wydech” - próbowałem zająć czymś myśli. Tym bardziej kiedy pod samolotem pojawił się pierwsze światła Rio De Janeiro. Nad miastem lecieliśmy dobre 20 minut – jest naprawdę wielkie. Nagle lekkie bum i ten niemiły szum wydawany przez rozgrzane opony z trudem próbujące zatrzymać wielką maszynę. Potem już tylko nogi z waty, ręce alkoholika i „Bye, bye” wyszeptane do pięknie uśmiechniętej i zmęczonej stewardessy. Nie najnowsze i nieco brudnawe korytarze ciągnęły się w nieskończoność, nieubłaganie prowadząc mnie w kierunku odprawy celnej. W kolejce ludzie nerwowo wypełniali dokumenty emigracyjne. Ja oczywiście też. Na szczęście celnicy chyba mieli dobry dzień. Panie w okienkach nikogo o nic nie pytały. Bum, bum pieczątki i następny proszę. Kiedy w moim paszporcie pojawiła się pieczątka z wyrokiem „wpuszczony” zrobiło mi się naprawdę lekko. Uff, już po wszystkim, żyję... Potem bagaże. Są? Są – kolejne uff... Wyszedłem z terminalu i obrazek jak ze starych filmów amerykańskich z doby wielkich migracji – ludzie stali z karteczkami na których widniały zachodnie imiona i nazwiska i z nadzieją wpatrując się we mnie machali nimi na prawo i lewo. Byłoby to zabawne gdyby nie to, że sam szukałem osób, które miałyby moje nazwisko na kartce. Przyjadą po mnie, nie przyjadą? Na bilecie napisane było: „Przylot 10:05PM”, a tu dopiero chwila po 20:00. Tutaj jednak kolejne miłe zaskoczenie – chyba zwiedzieli się, że przyjadę wcześniej, bo nagle z tłumu wyłoniły się znajome twarze. Znajome oczywiście tylko z internetu. Przyjechał po mnie sam Renato we własnej osobie – założyciel i prezes CDC, Eduardo – koordynator wolontariuszy oraz Emily – wolontariuszka z USA, ale urodzona w Puerto Rico. Dużo śmiechu, pierwsze dialogi i podróż na parking. Mijaliśmy kolejne samochody, a ja zastanawiałem się który zapipczy w odpowiedzi na naciśnięcie pilota.... Cóż.. Żaden nie zapipczał. Wsiedliśmy do wiekowego volksvagena, po którym widać było, że wiele przeszedł i był już zmęczony życiem. Rzężący, wręcz astmatyczny dźwięk silnika brzmiał jak ciągle powtarzane: „Dajcie mi już święty spokój – mi już tylko złomowisko pisane”. Ale nie dali mu spokoju. Wciskany w podłogę pedał gazu bezlitośnie wyciskał z auta siódme poty. No i tak to mknęliśmy przez rozświetlone autostrady, ulice i uliczki, próbując, a to po angielsku, a to po portugalsku rozwijać naszą pierwszą konwersację. Kupa śmiechu i ta błoga myśl w mojej głowie: „No to jestem... Jestem w Rio... Jestem u siebie...”

     Ulice wkrótce zmieniły się w kręte uliczki, a potem w podziurawioną, ubitą, górską drogę. Przeżyłem pierwsze safari brazylijskie. O dziwo mój żołądek też przeżył. W ogóle to muszę go pochwalić, bo zachowuje się jak do tej pory przyzwoicie i ze zrozumieniem przyjmuje wszystkie moje pomysły i brazylijskie eksperymenty pokarmowe. Po godzinnych górskich otrzęsinach, a raczej wytrzęsinach zobaczyłem kolorową bramę z wielkim napisem Casa Do Caminho Abrigo. Nawet otwierający się Sezam nie sprawiłby mi tyle radochy. Palmy, kwiaty, kwietniki i cała ta egzotyka. Wow. Podjechaliśmy pod jakieś drzwi nad którymi samotnie próbowała święcić malutka żaróweczka. Próbowała, bo prądu miała tyle co Beduin wody na pustyni. Kłódka zerwana, ale... zamek w drzwiach jest. Weszliśmy do pomieszczenia, w którym tliły się dwie żarówki robiąc charakterystyczne „dzzzyt, dzzzyt” jak w horrorach. Owionął mnie lekko stęchło swojski zapaszek i brnąc w półmroku zaczęliśmy zwiedzanie moich apartamentów. Kuchnia? No ba – jasne, że jest. Nawet lodówka, tylko że nie działa i kuchenka, tylko że gazu nie ma. No ale jest zlew i woda – zimna. No i trzeba uważać bo pod kuchnią termity wyjadły dziurę i można się zapaść. Łazienka? No ba, jest. Prysznic jak zobaczyłem to hmm. Był jakiś podgrzewacz wody, do którego doprowadzone, poklejone druty wisiały w powietrzu tuż przy ujściu wody. Na moją uwagę, że to chyba niebezpieczne dostałem bardzo uspakajającą odpowiedź: „Spoko chłopie tu prądu nie ma, więc się nie ma o co martwić”. No to super, ale... hmm. To znaczy, że ciepłej wody też nie ma. Oj..., gdzie ja jestem??? Myślałem, że tylko ja będę miał takie warunki, ale pokazano mi też inne najważniejsze pomieszczenia – wszędzie ten sam standard. Zaraz potem gospodarze się zmyli i zostaliśmy sami – ja, moje niezdecydowane myśli i jednostajny szum nocnego życia dżungli tuż za oknem... Miałem tylko nadzieję, że to „życie” nie przeniesie się do mojego łóżka w postaci pająków, węży i innych cudowności...

     „Rano” przyszło szybko, bo już o 4. Potężne rzężące kukuryku tutejszego koguta, powtarzane z zadziwiającą regularnością wybudziłoby nawet nieboszczyka. Ale i tak nie mogłem spać, no bo jak? Z takimi emocjami? W takiej sytuacji? Jak tylko się rozwidniło, postanowiłem nowymi oczami spojrzeć na wszystko. Oceniłem sytuację chłodno i bez emocji. Zaglądnąłem tu i tam, postukałem, popukałem. W sumie nie było źle. Tu się urwie, tam się doklei i jedziemy dalej. W końcu to Brazylia i sierociniec, a nie hotel pięciogwiazdkowy. Po porannej toalecie powędrowałem w stronę kuchni. Mój domek jest po drugiej stronie placu, zaraz przy kurniku i poletku z warzywami. Spodziewałem się usłyszeć odgłosy dzieci, ale nic takiego nie nastąpiło. Okazało się, że rząd zdecydował o przeniesieniu wszystkich dzieci do Xerem (takie bielany w rio), bo tam bliżej do szkół, szpitali i w ogóle tego, co oni nazywają cywilizacją. Szkoda, bo tutaj to naprawdę piękne miejsce i trochę wylali dziecko z kąpielą. Z czasem dowiedziałem się, że ogólnie rząd w Brazylii stara się od pewnego czasu być bardziej papieski niż Papież i dość nieudolnie wprowadza rozwiązania znane ze Starego Świata. Często trochę dla samej idei, zupełnie bez zrozumienia warunków i możliwości własnego kraju. Ot takie malowanie trawy na zielono. Trawa sucha i zwiędnięta, ale przynajmniej wygląda dobrze. Opowiem jeszcze o tym trochę później.

     W kuchni świeciło pustkami, był tylko jakiś starszy facet, któremu nie przeszkadzało to, że nie bardzo rozumiem co do mnie mówi. Zabrał mnie na wycieczkę po całej posiadłości. Rozumiałem tyle co widziałem, ale potok słów wypadających z ust nieznajomego był nieprzerwany. Z zaangażowaniem opowiadał o wszystkim, o owocach, budynkach, prowadził tu i tam. W końcu dał spokój i pozwolił zjeść śniadanie. Ludzie zaczęli spływać do kuchni. Zaspani, rzucali na mnie dziwne spojrzenia. „Nowy wolontariusz? A, no tak... „I szli dalej. Zaraz potem zostałem poczęstowany sucharkami i brazylijską kawą. Żadna wódka nie wykręciła mojej twarzy mocniej niż ta kawa. Przepis? Litr wody, 8 czubatych łyżek (łyżek, nie łyżeczek) cukru i 4 łyżki kawy. Mniam!