czwartek, 20 lutego 2014

Śniadanko dla wolontariuszy i Rio de Janeiro - część pierwsza

     Dnia następnego ucichły wojenne wrzawy dzieciaków i zastąpił je jednostajny szum dżungli przetykany śpiewem ptaków i pianiem koguta, który tradycyjnie mnie obudził. Jako, że była niedziela, wolontariusze postanowili zrobić wspólne śniadanko. Towarzystwo doborowe: ja z Polski, Eduardo z Meksyku, Debora z Portugalii, Melani ze Stanów Zjednoczonych i Winicjusz – tubylec. W starej kuchni jak z cygańskiego obozu powstawały wolontariuszowe pyszności. Z lodówki, z której wyjątkowo poza światłem było też coś do jedzenia, wyciągnięto co się dało. Na starej drewnianej ławie powstały pyszne bułeczki z ciasta do pizzy. Zapachniało też świeżo krojonymi tropikalnymi owocami i bardziej tradycyjną potrawą, zwaną jajecznicą. Jajecznica była o tyle niezwykła, że zrobiona była ze świeżutkich jajek tropikalnych kur. A raczej kur żyjących w tropikach, bo wygląd miały raczej europejski. Ale zawsze to jakieś urozmaicenie. Stara, do granic możliwości zerdzewiała kuchenka dzielnie poradziła sobie z zadaniami i po godzince przygotowań zasiedliśmy do stołu, na werandzie. Stół, a raczej stolik był na tyle mały, że ledwo mieścił mnogość naszych potraw, co sprawiało wrażenie, że tego jedzenia jest dużo. Na około stały stare, „oldschoolowo” obdrapane i poniszczone fotele z wielkimi poduchami. Zupełnie jak na filmach, także i tu mijała spora chwila od czasu dotknięcia owej poduchy w czasie siadania, do czasu osiągnięcia właściwego poziomu siedzenia. Ciężar ciała powodował powolne wypuszczanie powietrza przez poduchy. Dało się to nawet zaobserwować wzrokiem, bo powietrze to pełne było kurzu. Każdy z odrobiną zacięcia do fizyki i eksperymentów miałby sporo frajdy z obserwacji kurzowych zawirowań wytwarzanych przez powietrze wyciskane z poduchy przez siadającą na nich osobę. Ja miałem mniej frajdy, bo cały kurz trzeba było szybko odgonić by nie spenetrował naszych talerzy z pysznościami. Po zasiądnięciu zaczęliśmy się raczyć nie tylko jedzeniem, ale i widokami. Przed nami bowiem – jako, że domek stał na wzgórzu – rozciągała się wielka i skąpana w słońcu dolina, na której końcu majaczył majestatycznie łańcuch górski. Tuż za werandą natomiast rozpościerał się las bambusowy, miarowo kołyszący się wraz z podmuchami świeżego, porannego wietrzyku. Całemu widokowi smaku dodawał chór ptaków i świerszczy. Zaiste rajska chwila.... którą na chwilę przerwała konwersacja Eduardo z Deborą – znowu się o coś posprzeczali. Niewiele rozumiałem, bo rozmawiali szybko po portugalsku, ale miałem też trochę ubawu, bo przypomniały mi się wszystkie Esmeraldy i inne tasiemce brazylijskie. No scena jak z telewizora wzięta. Pociesznie to wyglądało i w sumie poza samymi zainteresowanymi wszystkich innych rozbawiło, co dało się poznać po ukradkiem rzucanych, znaczących spojrzeniach śmiejących się oczu.

     Najedliśmy się wszyscy do syta. Zarówno my, jak i pająki, które tuż nad naszymi głowami ucztowały, zajadając świeże i chrupiące owady – owoc porannego polowania....

     Skoro jesteśmy w temacie jedzenia, to nie wspominałem jeszcze chyba o wielkim, tutejszym przysmaku czyli „Açai” (czyt: asaji). Pyszności te można nabyć na drodze kupna – sprzedaży w wielu miejscach w Xerem, ale tylko w niektórych wiedzą jak porządnie je przygotować. Gdy podeszliśmy do budki, ogarnęła mnie niepewność. Jak to jest, że w zasadzie sam nie byłbym w stanie kupić sobie Açai, bo nie poradziłbym sobie językowo. Kiepska sprawa – czeka mnie dużo nauki. Na szczęście był Eduardo, który sprawnie zamówił dwie „kompletne” porcje. „Kompletne”, czyli zawierające oprócz samego Açai wiele rodzajów orzeszków oraz polewę do wyboru. Po chwili przygotowań w moje ręce trafił plastikowy kubeczek z serwetką i oczywiście całą zawartością. Orzeszki i polewa mieszały się z czymś o konsystencji zmrożonego dżemu o fikuśnym, granatowym kolorze. A smak? Hmmmm.... niebiański!!! W tak gorący dzień, kubeczek lodowatego Açai to było naprawdę coś! Dopiero wiele dni później dowiedziałem czym w zasadzie jest Açai. Są to po prostu zmiksowane jagody. Z tym, że tutaj te jagody są dużo słodsze niż w Europie. Jest też pewnie trochę chemii, no ale gdzie jej nie ma... Tak czy siak Jagody te stały się moim ulubionym przysmakiem.

     Dnia następnego miało się odbyć spotkanie robocze o godzinie 8. Wszyscy oczywiście spóźnili się, tym razem dość nie modnie bo jedynie o godzinę. Na spotkaniu omawialiśmy wszelkie zmiany jakie mają zajść, a miało ich być naprawdę sporo. Ale o tym później. Po spotkaniu Winicjusz zabrał nas do horty i oprowadzając tłumaczył jak oporządzać pole, karmić kury, pielęgnować drzewka owocowe. Było to wielce pouczające, choć momentami myślenie mi się wyłączało w związku z uczuciem pobytu w raju. Tyle tu drzewek, zagajników. Wszystko kwitnące i pachnące. Wszystko rozśpiewane śpiewem ptaków i brzęczeniem innych, polnych stworzeń. Cud, miód i orzeszki.

     Nieco później zjechaliśmy autem do Casa Beek. Melani rozpoczęła swój dyżur, a ja, Eduardo i Debora poszliśmy na obiad do pobliskiego baru rybnego, gdzie jak na rybny bar przystało, zamówiłem sporą porcję mięsa i frytek. Obok zamówionego zestawu – tradycyjnie – dostałem też talerz ryżu i miskę „feijaõ” (czyt: fejżau), czyli czerwonej, gotowanej na tutejszy sposób czerwonej fasoli. Zestaw bardzo pasujących do siebie potraw został jednak szybko zmieciony z talerza z powodu zwykłego głodu. W trakcie obiadku dowiedziałem się też wielu nieoficjalnych informacji o tubylcach. Wielce konspiracyjny ton rozmówców kazał mi nasłuchiwać z uwagą, ale po chwili zorientowałem się, że to najzwyklejsza „fofoka” czyli plotki o sprawach dobrze mi znanych z innych organizacji. Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Gdzie ludzie ze sobą pracują, tam jedni na drugich nadają, często koloryzując świętym oburzeniem i próbując na zapas przeciągnąć rozmówcę na swoją stronę, by w razie plotkowego odwetu nie pozostać na spalonej pozycji. Heh... Jakie to ludzkie...

     Po obiadku jeszcze wizyta w banku, gdzie Edu uczył mnie obsługi bankomatu, która to obsługa znacząco różni się od tej w Europie i zaraz potem wsiedliśmy w autobus do Raju... Znaczy do Rio... pierwsza podróż nie wypadła najlepiej, jeśli chodzi o warunki. Autobus mocno wysłużony i wyglądający na taki „wielokrotnie przekazywany bratnim narodom”. Kto czytał Cejrowskiego to wie, o co chodzi. Na dziurawej drodze podskakiwał mocno. Nieraz zdawało mi się, że kiedy po podskoku podwozie już znalazło się z powrotem na ziemi, to całe nadwozie jeszcze lewitowało w powietrzu. Wszystko się trzęsło i skrzypiało. Kierowca się jednak tym nie przejmował i pędził na złamanie karku. Jedyny honor jaki trzeba temu autobusowi oddać to to, że klimatyzacja działała nadzwyczaj sprawnie. Po chwili zrobiło mi się zimno. Ale cóż tam, ważniejsze były widoki. Piękne pejzaże, szerokie doliny i łańcuchy górskie, oglądane z perspektywy czteropasmowej autostrady. To wszystko robiło wrażenie. Przez pewien czas dobre. Wraz ze zbliżaniem się do Rio ogarnął mnie lekki niepokój. Przejechaliśmy bowiem przez most na jakiejś rzecze. Jeśli chcecie wiedzieć jaki miała kolor i konsystencję, to zmieszajcie czarną farbę z wodą tak, by powstała gęsta maź. Dokładnie tak to wyglądało. Na brzegach oczywiście tony różnorakich śmieci, toreb, plastików. No i ten smród... mimowolnie robiłem wielkie oczy i zrobiło mi się smutno, ale to nie pomogło. Śmieci dalej tam były. I coraz ich więcej i więcej. Zaraz potem wjechaliśmy na favelowe przedmieścia. Niedbale poustawiane domki z gołych cegieł, wąskie uliczki i śmieci. Miałem wrażenie, że nieopodal było wysypisko śmieci na które ktoś zrzucił bombę, rozsypując śmieci po całej okolicy. Oczywiście w śmietnisku tym tętniło życie. Jedni ludzie śmieci dorzucali, inni w nich grzebali. Nigdy nie zapomnę widoku umorusanych dzieci, nurkujących w stosie śmieci w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, czy ubrania. Żaden film nie jest w stanie oddać rzeczywistości, bo często od tej rzeczywistości dzieli nas ekran i całe kontynenty odległości. Tutaj dzieliło mnie kilka metrów i szyba autobusu. Favele ciągnęły się kilometrami ukazując straszny obraz życia milionów ludzi, gnieżdżących się w swych małych klitkach w warunkach bardzo ciężkich. Przygnębiający to widok. Zupełnie inny niż na pocztówkach i filmach o Rio – królestwie samby i światowego biznesu. Teraz miasto to zdawało mi się być jednym wielkim kontrastem w szerokim tego słowa znaczeniu. A jaka jest tego miasta historia?

     Zatoka, nad którą leży Rio de Janeiro, została odkryta przez pierwszego Europejczyka na tych terenach, Portugalczyka Gaspara de Lemos 1 stycznia 1502. Nazwał ją "Styczniowa rzeka", ponieważ sądził, że to ujście rzeki, a nie zatoka. Samo miasto Rio de Janeiro zostało założone 1 marca 1565. Poważniejszy rozwój miasta nastąpił w XX wieku. Rio de Janeiro (port. Rzeka Styczniowa) – jest miastem usytuowanym w południowo-wschodniej części Brazylii nad Atlantykiem. Położone na wyżynie, wśród wzgórz, m.in. znana "Głowa Cukru" - Pão de Açúcar, nad zatoką Guanabara. Tu ciekawosta – owa „głowa cukru”, to tłumaczenie wyjątkowo nietrafione, bowiem w wolnym tłumaczeniu oznacza to „chleb cukrowy”. Stolica stanu Rio de Janeiro. Od 1808 do 1821 roku faktyczna stolica Portugalii - rodzina królewska z Janem VI na czele schroniła się tutaj przed inwazją wojsk napoleońskich. W latach 1822-1960 Rio de Janeiro było stolicą niepodległej Brazylii, zanim powstała Brasilia.

     Ludność: ok. 5,6 mln, zespół miejski ok. 11,6 mln (2005), drugie co do wielkości miasto Brazylii, po São Paulo. Mieszkańców Rio de Janeiro określa się mianem carioca. Powierzchnia: 489 mil² (ok. 1256 km²)

     Miasto słynie ze swych pięknych plaż (np. Copacabana, Ipanema), olbrzymiego posągu Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) na górze Corcovado, ale przede wszystkim z corocznie obchodzonego karnawału.

wtorek, 17 grudnia 2013

Festa do Trabalho - ciąg dalszy

     Gdy zwiedzanie Casa Heppenhaim dobiegło końca zaczął się rozdział dnia, którego nie przewidywałem. Otóż okazało się, że do CDC – czyli tam gdzie mieszkam będziemy wracać na piechotę, wraz ze wszystkimi osobami ze szkoły językowej. Zaczęło się niewinnie bo po mieście. Szliśmy wesoło rozglądając się dookoła jak turyści w Parku Jurajskim. Favele rozciągały się tu jak okiem sięgnąć, zajmując całą dolinę, otoczoną malowniczo zielonymi górami, porośniętymi dżunglą do ostatniego centymetra. Jedyne fragmenty nieporośnięte to osuwiska – pamiątka po tragicznych w skutkach ulewach ze stycznia tego roku. Wszyscy żywo komentowali te niecodzienne widoki. W naszej grupie mieszało się wiele języków, bo było to towarzystwo niemal z całego świata.

     Pierwszy kilometr poszedł gładko, ale szczerze powiem, ze rad byłbym już usiąść, a tu informacja, że jeszcze tylko 6 kilometrów. Tym razem po górach i w palącym słońcu. Pocieszające było tylko to, że wody miałem pod dostatkiem – lała mi się z czoła niczym Niagara. No ale parłem na przód, bo jakoś trzeba było dotrzymać kroku. Znajdowali się oczywiście odważni, którzy wyrywali do przodu niczym mustangi po zieloną trawę, ale zawsze kończyli tak samo – siedząc na poboczu z ciężką zadyszką. Po tych eksperymentach wracali pokornie do szeregu i pięli się mozolnie pod górkę razem z innymi. W połowie dogoniła nas „Toyota” czyli wóz terenowy należący do CDC. Na pace jechały dzieci i resztki jedzenia. Wszystkich kusiło, żeby się dosiąść, ale miejsca starczyłoby tylko dla kilku osób. Faceci ustępowali kobietom, ale te nie chciały okazać się słabsze (no cóż – znak naszych czasów) i koniec końców nikt nie wsiadł. Toyota pojechała dalej, wesoło podskakując na wszystkich dziurach i dostarczając frajdy jadącym tam dzieciom, a my z rozrzewnieniem spoglądaliśmy na ostatnią szansę zakończenia trudnej wędrówki, szansę, która niemalże w okamgnieniu znikła za zakrętem pozostawiając za sobą jedynie tumany kurzu. Mniej więcej w 2/3 trasy spotkały nas kolejne niespodzianki – tym razem bardzo miłe. Otóż gdy minęliśmy jeden z zakrętów, naszym oczom ukazała się cudny widok. Przeogromna, zielona i skąpana w Słońcu dolina. Wielkie, porośnięte dżunglą góry majestatycznie piętrzyły się do samego nieba. Powyżej bytowały już tylko nieśmiałe obłoczki i wielkie ptaszyska, cierpliwie krążące w poszukiwaniu ofiary. Rzekłbym, że otaczało nas prawdziwe morze gór. I to całe piękno rozpościerało się tuż przed naszymi stopami. W tym momencie nie wiedziałem już czy brakuje mi tchu, bo jest tak gorąco, czy dlatego, że jest tak cudnie. Z pomocą przyszła mi jednak sama przyroda – to druga niespodzianka. Doszliśmy bowiem do orzeźwiającego źródełka bijącego prosto z serca gór... Nie.... No dobra – była to plastikowa rura, wystająca ze skały i ciekło z niej trochę wody. Ale niech będzie, że „bijące z serca gór” bo to lepiej pasuje do scenerii... Tak czy siak, stanąłem jak wszyscy w kolejce. Oczywiście natychmiast zapaliła mi się wielka, czerwona lampa i rozbrzmiał w głowie głos: pij tylko z butelki, uważaj na to, uważaj na tamto!!!! O matko... Ale mi się przecież strasznie pić chce! W dodatku wszyscy piją. A niech to... Żółta febro – nadchodzę.... niech się dzieje wola Nieba! Na szczęście Niebo miało inne plany, bo przeżyłem tę próbę, a dodatkowo stałem się bogatszy o nowe doświadczenie. Nigdy nie sądziłem, że pragnienie może być tak przeogromne, a radość z jego zaspokojenia tak przejmująca. Nagle przypomniały mi się też wszystkie dowcipy zaczynające się od słów: „Idzie człowiek przez pustynię...” I jakoś przestały mnie śmieszyć!

     Dalsza część wędrówki była już prostsza. Krok za krokiem w dół z oczami wlepionymi w cudowności doliny i góry. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie to droga często przeze mnie obierana – to jedna z dwóch możliwych, jeśli chcecie się dostać z CDC do Xerem. Ta druga jest bardziej płaska, tak samo dziurawa i znacznie dłuższa – 12km, ale jedyna, jeśli jako środek podróży wybraliście rower lub pada deszcz. Wtedy krótsza zamienia się w zdradliwe potoki błota. Często nawet jadąc Toyotą – silnym potworem z wielkim silnikiem i napędem na cztery koła nieźleśmy tańczyli. A czemu nie można jechać rowerem tą krótszą jak jest sucho? Można, jak się ma normalny rower. Jest trochę stromo i trzeba się nawysilać, ale jest to możliwe. Problem w tym, że tutejsze rowery rzadko mają hamulce, a ich stan techniczny kwalifikuje je raczej na złom. Niemniej w ogólnym bilansie stanu sprzętów różnorakich, a znajdujących się w posiadaniu CDC, rowery nie wypadają najgorzej. Rower jak jedzie to jest „cool”, a jak nie, to też dobrze – zawsze można go prowadzić.

     Tak czy siak dotarłem do swojego domku i na jakiś czas się tam zaszyłem. Rześki prysznic i cień to w tym dniu największe ze spełnionych marzeń. Gdy wyszedłem, zaczynał się akurat pokaz Capoeiry. Dzieciaki wywijały zręcznie rękami i nogami w niezwykłym, tradycyjnym tańcu i choć znowu przypomniał mi się „pan z brodą” to jednak przyznać muszę, że były w tym naprawdę dobre i w pełni doceniam ich umiejętności. Cała reszta ludzi zebrana w kółko przyglądała się z uwagą i podziwem, rytmicznie klaskając w dłonie i wyznaczając tym samym tempo tańca. Wszystkich obecnych rozproszył dopiero zapach ciasta, które niesione wprost w naszą stronę, cierpliwie wyczekiwało nieuchronnie zbliżającego się przeznaczenia. Z wielką chęcią pomogłem się temu przeznaczeniu spełnić i wielki kawał ciasta wylądował w moim brzuchu. Zaraz potem przenieśliśmy się do refeitorium czyli do jadalni i wszyscy oddali się przyjemności znanej ludzkości od zarania dziejów czyli – plotkowaniu. Swoistą muzyką tła stało się oczywiście radosne szaleństwo jakiemu oddały się wszystkie młodsze dzieci. Wszędzie było ich pełno i towarzyszyły im piski, gonitwa i ogólny rozgardiasz. Chcąc na chwilę zatrzymać ten armagedon, zdecydowałem się pokazać prostą sztuczkę z długopisem, który odpowiednio kołysany zdawał się być giętki jak guma – ot złudzenie optyczne. Zostałem jednak dostrzeżony przez innego, młodego sztukmistrza no i się zaczęło. Miał przy sobie talię kart... i nie zawahał się jej użyć. Toczyliśmy swoisty pojedynek na sztuczki – kto pokaże lepszą, kto się domyśli podstępu przeciwnika. Był w tym naprawdę niezły. Momentami było mi ciężko, bo niewiele rozumiałem z tego co mówił. A mówił dużo. Przydatny okazał się oczywiście język migowy – uniwersalny na całym świecie i rozumiany przez każdą istotę z gatunku homo sapiens. Chodzi oczywiście o ten naturalny, a nie stworzony na potrzeby osób głucho-niemych.

     Jak się skończyły sztuczki, Joao Victor pokazał mi swoje rysunki. Zaciekawiłem się doprawdy mocno – sztukmistrz i do tego nieźle rysuje. Oczywiście Picasso z niego nie będzie, ale muszę przyznać, że pomimo bardzo widocznych błędów, udawało mu się w rysunkach ukazać to co najważniejsze – emocje. Świat jaki rysował był pełen emocji. Emocji dojrzałych i dobranych starannie. Jak się dłużej przypatrzeć, to można niemal usłyszeć odgłosy walki, wołanie z oddali czy radosny śmiech. To właśnie w rysunkach lubię najbardziej. Zastanawiałem się tylko, czyje emocje przedstawiały. Czy były projekcjami jego własnych przeżyć? Dużo później zrozumiałem, o co w tych rysunkach chodziło. Joao ma 14 lat i dwóch braci. Jako malutkie dziecko doświadczał wszelkiego rodzaju przemocy w rodzinie, więc został zabrany. Od tego czasu przebywał już w 12 domach dziecka. W czasie rocznego pobytu w CDC nikt z rodziny go nie odwiedził. Opiekunowie czy wolontariusze przewijali się w jego życiu jak szkiełka w kalejdoskopie. Żadnej trwałej relacji, żadnej miłości, a i zaufanie ograniczone. Nie wolno mu było na przykład używać noża (tak samo jak innym wychowankom) z obawy o to, że coś głupiego wpadnie mu do głowy. Kiepska edukacja, brak widoków na przyszłość i samotność. Tym go świat poczęstował. A jednak pomimo wszystko znalazł w sobie siłę do rozwijania pasji bycia sztukmistrzem czy malowania. Przy pierwszym spotkaniu nie da się poznać, że wiele w życiu przeszedł – głośny, radosny, chętny do zabawy. To wszystko oczywiście historia jednego z chłopaków, ale żaden z nich nie jest tu bez powodu. Wszyscy przeszli podobne doświadczenia, podobnie jak i młodsze dzieci. Szczerze powiem nóż się w kieszeni otwiera jak się słucha niektórych historii. I czuje się tą nieprzyjemną bezradność. Chciało by się zbawić świat, a tu nic zrobić nie można. I nie jest to świat znany z ckliwych programów w telewizji, z rzewną muzyką i budzącymi emocje obrazami wygłodniałych dzieci. To prawdziwa rzeczywistość, której się dotyka, smakuje i mimowolnie staje jej częścią. Bo zza opowieści o cierpieniu wyłania się też inny obraz tych dzieci. Cierpienie i krzywdy nie przechodzą obojętnie – pozostawiają trwałe ślady w psychice i to widać w ich zachowaniu. Jednak nie od razu. Cienie przeszłości wyłaniają się powoli, w miarę jak się coraz lepiej te dzieci poznaje. Utracona niewinność, rozbudzona agresja i niejednokrotnie stosowane prawa dżungli, pomieszane z wartościami i zachowaniami, które próbują im wpoić opiekunowie. Mieszanka dość wybuchowa. No i ten film niestety najczęściej nie ma happy endu. Dzieci w którymś momencie dorastają i próbują dorosłego życia na własną rękę. Są jednak zbyt głęboko poranione i – bez odpowiedniej edukacji – w końcu lądują na ulicy, a ta na nowo ich resocjalizuje. Przemoc, alkohol czy narkotyki stają się codziennością i koło się zamyka. A potem powstaje nowy problem, bo z tego szaleństwa ulicy rodzą się nowe pokolenia dzieci, na ogół z góry przez świat skazane na niepowodzenie i cierpienie. Powstało o tym wiele filmów, ale nawet najlepszy nie sprawi, że przez ekran telewizora poczujemy smród ulicy czy ból zadanych ran. Zza szyby ekranu nie poczujemy tak naprawdę życia. Tutaj kisi się ono w sosie własnym i trzeba to wypić do spółki z tymi, którzy tu żyją.

     Powiało powagą... może trochę za bardzo... Wróćmy więc do naszego wieczoru... Tak, do wieczoru, bo przez te wszystkie sztuczki i piękne malunki nie zauważyłem, że zupełnie się już ściemniło... Goście zaczęli się już rozjeżdżać, starsze dzieci też w końcu wyjechały i zostały tylko te najmłodsze. Poszalały, pobiegały, ale w końcu im się znudziło. Trzeba było coś urozmaicić, więc wpadły na pomysł wciągnięcia nowego „Tio” do zabawy. Zrobiłem wielkie oczy, bo nie rozumiałem zabawy. Nie miałem jednak wyjścia, jakieś małe palce chwyciły moje dłonie i bezlitośnie wyciągnęły z refeitorium na podwórko. Zabawa okazała się jednak prosta – berek z tym dodatkiem, że jak się stanęło na czymś wyższym – ławce, kwietniku itp. - to berek nie mógł złapać. Zabawa miała dla mnie akcent edukacyjny – nauczyłem się dwóch nowych słów. Z roześmianych ust, a to jednego, a to drugiego urwisa ciągle dobiegało: tio, aqui (wujku, tutaj) albo tio, agora (wujku, teraz). Dylemat pojawiał się jak dwoje brzdąców wpadało na ten sam pomysł porwania mnie w stronę jakiejś kryjówki. Kłopot polegał na tym, że każde chciało mnie zabrać do innej. Tio miał wtedy dylemat, który najczęściej kończył się złapaniem przez berka. No cóż, życie. Jak już zabawa wyciągnęła z tio ostatnie siły, to nadszedł czas na chowanego. I tak doszło do tego, że ja, 27 letni chłop biegałem z dzieciakami w Brazylii, pośrodku dżungli, nie rozumiejąc prawie ani słowa z tego co mówią, chowając między starymi rupieciami, zamieszkałymi przez pająki, moskity i inne ustrojstwa.... Bezcenne.

sobota, 30 listopada 2013

Pierwsze dni i Festa do Trabalho

     W głowie kłębiły się mieszane uczucia. Z jednej strony byłem niesamowicie szczęśliwy i podekscytowany, że wreszcie tu jestem. Z drugiej otaczali mnie ludzie, których zupełnie nie znam. Byłem zdany na ich łaskę lub nie łaskę a tego za bardzo nie lubię... No ale witaj przygodo.

     Po śniadaniu byłem umówiony z Malanią, która miała mi pokazać okolice i oprowadzić po posiadłości. Jedną podobną wycieczkę już miałem, ale jak pamiętacie niewiele rozumiałem, więc byłem rad – wreszcie ktoś coś opowie po angielsku. Zaraz po wyjściu za bramę w ruch poszły aparaty fotograficzne. Pogoda nie sprzyjała robieniu zdjęć, ale i tak widoki przecudne. Przede mną rozpościerały się wielkie, zielone góry, najwyższe szczyty skryły się we mgle. Jak okiem sięgnąć wielka dżungla, palmy, bananowce, bambusy. Cała ta egzotyka niesamowicie do mnie przemawiała, raz po raz pojawiały się ciarki na plecach i znowu czułem to ściskanie w żołądku – tym razem z powodu swego rodzaju ekstazy wywołanej ilością otaczającego piękna. Jak się człowiek na chwilę zatrzyma, to dostrzec można niesamowitą rzecz – tutaj wszystko wręcz kipi życiem. Wystarczy rozchylić krzaki by wyskoczyły ptaki, wyślizgnął się wąż czy czmychnął legwan. Czułem się trochę jak łasuch wpuszczony do wielkiej hali ze słodyczami. Wszystkiego trzeba dotknąć, posmakować, powąchać. Nawet zwykłe liście wydawały mi się jakieś takie piękniej zielone. I tak wędrowaliśmy sobie po pomarańczowej drodze wijącej się niestrudzenie zboczem wielkiej, zielonej góry. Za każdym zakrętem kryły się nowe czary i cudne pejzaże. Oczywiście dużo też rozmawiałem z Melanią, próbując wybadać jak tu się sytuacja przedstawia. Na co mogę liczyć, czego się spodziewać. Dowiedziałem się jednak w zasadzie samych dobrych rzeczy. W dobry nastrój wprowadzali mnie też postronni ludzie, którzy przechodząc czy przejeżdżając obok pozdrawiali i witali się z nami z uśmiechem od ucha do ucha – ot taka zwykłą uprzejmość, tutejszy sposób bycia. Zawsze brakowało mi tego w Polsce... Nadszedł jednak w końcu czas powrotu. Za wielką bramą CDC miałem odbyć kolejną podróż po terenie. Sytuacja wygląda następująco. Po wejściu na teren widać sporo drzew obudowanych kwietnikami. Przy bramie znajduje się niegdysiejszy dom wolontariuszy, a aktualnie rupieciarnia. Na wprost od bramy, za drzewami znajduje się małe boisko i jednocześnie podwórko, a tuż za nim pralnia – spory, zadaszony budynek, bez frontowej ściany, w którym można się oprać. Co ciekawe znajdują się tam wielkie zlewy z charakterystycznie wyżłobionymi i ukośnie zamontowanymi kamiennymi płytami, służącymi do prania ręcznego. Dotąd widziane tylko na filmach. Ciepłej wody oczywiście nie ma, pralki też nie przewidują podgrzewania wody w czasie prania, więc rezultaty tego prania bywają co najwyżej średnie. Po lewej stronie boiska, znajduje się spory budynek – stare mieszkanie dla dzieci i wolontariuszy, na drugim piętrze mieszka Renato z rodzinką, na pierwszym Melani, a reszta pokoi stoi pusta, a na parterze częściowo pozbawionym ścian znajduje się warsztat. Tam gdzie nie ma ścian ustawiane są rupiecie, samochody, motory itp. Pierwsze piętro jest dodatkowo mostem połączone z drugim budynkiem, w którym znajduje się kuchnia, jadalnia (parter) oraz sala telewizyjna, biblioteka i stare gabinety dentystyczne, lekarskie itp. (pierwsze piętro). Jeszcze bardziej na lewo znajduje się ścieżka prowadząca ostro pod górkę do kolejnego domu dla wolontariuszy – tak, dla wolontariuszy przewidziano naprawdę duuuużo miejsca – ścieżką tą idzie się obok sporego basenu, na oko piętnaście na osiem metrów i metr, a od połowy dwa metry głębokości. Sam dom znajduje się wyżej i graniczy z lasem. Jest tam kuchnia, łazienka i kilka pokoi. No ale wróćmy do naszej bramy i tym razem odwróćmy się w prawo. Najbardziej na prawo zobaczmy wielką konstrukcję z dachem oraz betonowym podłożem – świetne boisko do gry nawet w czasie deszczu. Nieco bliżej i bardziej na lewo jest plac zabaw, a na wprost za nim znajduje się domek dla... wolontariuszy, którzy pracują w „horcie” (horta to po ichniemu plantacja). Tym razem zamieszkuję go ja... W linii prostej za moim domkiem znajduje się horta, bananowce, jeziorko itp., a idąc znowu troszkę na lewo – kurnik, który prawie graniczy z wyżej opisaną pralnią. Acha – za jadalnią, jakieś dwieście metrów w głąb lasu znajduje się stara szkoła – obecnie ruina, którą zamieszkują nietoperze, kurz, pleśń i resztki starych mebli. Wszystko to jednak, mimo kiepskiego stanu, gdzieś tam po trochu przypomina dawną świetność CDC. Oczywiście widząc to wszystko, natychmiast w mojej głowie pojawiło się tysiące pomysłów co by tu ulepszyć, usprawnić, dobudować. Miałem jednak w pamięci rozmowę z Eduardo, w której wyjaśniał mi – na wstępie studząc nieco mój zapał – że tutaj życie płynie zupełnie inaczej. Zawsze nowi wolontariusze mają tysiące projektów, pomysłów i wiele chęci, ale niestety rzeczywistość w Brazylii jest nieco inna. Najkrócej można to określić, na ogół znanym europejczykom słowem „maniana”. Życie w Europie to rwąca rzeka, wydarzenia zmieniają się szybciej niż na ogół byśmy chcieli, łączą się i plączą, a szybki nurt i ogrom zdarzeń z wielką siłą zmienia systemy wartości, kulturę, sztukę i w ogóle całą cywilizację jako taką. W Brazylii natomiast? Na prowincji? Hmmm.... Tutaj tematem dnia może być wszystko – jajko zniesione przez kurę, ale większe niż normalnie, pogięta łyżka czy czyjaś krzywa mina. Tutaj rzeka zdarzeń płynie bardzo wolno i leniwie. Pomyje doń wpuszczone długa smrodzą – spróbuj się potknąć, a będziesz na językach przez kolejne miesiące. No bo przecież czymś trzeba żyć. Jeśli nie można żyć wielkim światem, polityką, sekretami bożyszczy pop kultury, czy nadchodzącym końcem świata, to żyje się swoim małym światem, a drobne problemy urastają do kosmicznych rozmiarów. Coś w stylu „Chłopi”, Boryna i te sprawy. Pracuje się tu też inaczej – przynajmniej w CDC. Rano się podlewa warzywka, potem koło 9 zaczyna się pracę po długim śniadanku i rozmowach. Koło południa lunch i siesta do 14 i potem jakieś dwie, trzy godzinki pracy. I fajrant – a potem – jak w znanym skeczu Stuhra – siedzimy se, nic się nie dzieje... Oczywiście wolontariusze mają trochę inaczej – na 8 trzeba być w Xeren w jednym z domów, a to 12 kilometrów dziurawą górską drogą, którą trzeba pokonać rowerem. Jak nie pada to super, ale czasem po prostu leje. Potem 5 lub najczęściej 10 godzin pracy z dziećmi i znowu 12 kilometrów do domu. Najczęściej wraca się koło 20:00 – 21:00 i jedynym marzeniem jest jedzenie, prysznic i spanie. No ale od takiej roboty to są właśnie wolontariusze! Zdarzają się wolne dni, ale wtedy to się człowiek oporządza, bo trzeba posprzątać, uprać, itp... Ech...

     I tak to spędziłem sobie pierwsze dni na poznawaniu ludzi i małego świata do którego trafiłem i który zamierzam po trosze współtworzyć i wnieść swoje trzy grosze.... O przepraszam – centavos.

     Nadeszła sobota. I jednocześnie tzw. dzień pierwszych razów. Otóż po raz pierwszy uczestniczyłem w „Festa do Trabalho” czyli w Święcie Pracy. Będąc jeszcze w Polsce myślałem, że to coś na kształt naszego święta pracy i zastanawiałem się jak to się stało, że „zwyczaje kolektywu” trafiły do zielonego raju. Okazało się jednak, że z naszym świętem, to to nie wiele ma wspólnego poza nazwą. Otóż tutaj święto pracy to inicjatywa CDC, która polega na zaproszeniu jak największej ilości wolontariuszy, krewnych i znajomych królika i zorganizowaniu tym ludziom prac, które ludziom na co dzień pracującym w CDC było by ciężko zrobić ze względu na brak czasu. Brzmi to może fantazyjnie, jeśli pamiętacie co przed chwilką opowiadałem o czasie pracy w CDC, no ale niech im będzie... Oczywiście, żeby zachęcić ludzi do „Trabalho” (pracy) – musimy im obiecać też „Festa” (święto, impreza). Na stole pojawiły się więc oczywiście smakołyki, był pokaz capoeiry i inne atrakcje, ale to już „na górze”, czyli w samym CDC – pierwsza część imprezy odbyła się w Casa Beck w Xerem. Casa Beck to jeden z sierocińców przeznaczony dla najmłodszych. Był tam tylko wielki grill i picie. A co z tym Trabalho? Ano rozmieszali trochę farby w przygotowanych przeze mnie puszkach (to ważne, że przeze mnie, bo to było pierwsze moje zlecenie, pierwsza oficjalna praca w CDC) i pomalowali płot na zewnątrz. Ot i tyle było z Trabalho. W międzyczasie Melani oprowadziła mnie po domu, pokazała dziecięce pokoje, łazienki i opowiedziała o wszystkich zwyczajach. Początkowo wydały mi się trochę dziwne, ale z czasem zrozumiałem ich znaczenie i racjonalność. Ot na przykład wolontariuszom nie wolno używać laptopów w Casa Beck. Dlaczego? Bo natychmiast dzieci dopadają takiego delikwenta – ciekawe nowego sprzętu i jego zawartości – i nie dają już spokoju – ani on nic nie zrobi, a i zajęcia rozpirzone. Takich zasad jest naprawdę sporo. Zostałem też wyjątkowo wpuszczony do biura, w którym pracuje tzw. Ekipa Technica, czyli sekretarki, księgowa itp. Tutaj mają one status zarządu i wszyscy się ich boją. Brrr. Zostałem wpuszczony wyjątkowo, bo normalnie wolontariusze i w ogóle osoby postronne nie mają tam wstępu. Dlaczego? No bo jak tam wejdzie 10 osób ponad te, które tam pracują, to z pracy nici – nie za wiele tam miejsca. To kolejna zasada. Tutaj wypada nadmienić, że nie było to dla mnie łatwe. Po tylu latach pracy w miejscu, w którym zajmowałem dość wysoką pozycję i na wszystko patrzyłem z góry – nagle stałem się podrzędnym wolontariuszem, który musi pytać za każdym razem czy wolno to czy tamto – ciężka próba!

     Oczywiście przywitałem się też ze wszystkimi dziećmi. Przywitanie radosne i bardzo przyjacielskie – bom dia tio (dzień dobry wujku) – słyszałem od każdego malucha. Była radość, ale szybko im się znudziłem – jak nowa zabawka. Oni tu mają wielu wolontariuszy, którzy w dodatku ciągle się zmieniają. Nie warto się przywiązywać i oni to wiedzą. Smutne, ale prawdziwe. W dodatku ten nowy nie bardzo szprecha w ich języku. Dopiero dużo później Tio zaczął się na poważnie z dziećmi bawić, naprawiać rowery i miał fajne pomysły – ooo wtedy to dopiero było... Ale to następna opowieść... Kolejny problem pojawił się przy próbie zapamiętania imion – wiele z nich słyszałem pierwszy raz w życiu i były mniej więcej tak charakterystyczne jak co dziesiąte bzyknięcie komara. Po wielu próbach i powtórzeniach te bzyknięcia nabrały jakiegoś znaczenia i dało się je rozróżnić spośród innych dziwnych dźwięków zwanych potocznie językiem portugalskim. Pierwsze rozmowy z dziećmi też przebiegały całkiem ciekawie i wyglądały mniej więcej tak:
dziecko: Tio...(wujku)
ja: Sim? (tak?)
dziecko: Posso(mogę)$%($^%&(^&($^%&#@%@$#&%*^&*((%$#$%@#%%&*%^&$%&%^&&*^(%*$^%^&*&*^%&*%(%^&*(%&(%^????
ja: eeeeeeee???

     W takiej chwili szybko szukało się wzrokiem kogoś kto się znał na tych hieroglifach i drogą urzędową przekazywało się sprawę bardziej kompetentnym. Zrozumienie dzieci było tym trudniejsze, że wiele z nich miało problem z mówieniem i często korzystało z porad speców od tych spraw. Rodowici Brazylijczycy częstokroć nie mogą tych dzieci zrozumieć, więc czułem się po części usprawiedliwiony.

     Z opresji wybawiło mnie dopiero pewne zdarzenie – otóż nagle wszyscy zgromadzili się przy głównej bramie i wniesiono „Piniatę”, czyli wielką, ręcznie zrobioną gwiazdę, a w zasadzie okrągłe pudełko z doczepionymi rogami. Piniata została zawieszona pod bramą i wszystkie dzieci kolejno do niej podchodziły. Każdemu dziecku zawiązywano oczy i wręczano miotłę, po czym dziecko starało się uderzyć jak najmocniej w Piniatę. Stał tam Eduardo, który za pomocą sznurka opuszczał i podnosił Piniatę, skutecznie utrudniając dzieciom zadanie, a całej reszcie dostarczając niezłej zabawy. Cóż może być bowiem bardziej zabawnego niż dziecko machające miotłą ze złością w pustą przestrzeń W końcu Piniata dała za wygraną i się rozpadła, uwalniając ze swoich trzewi furę cukierków ku wielkiej uciesze gawiedzi. Ależ to była walka. „Władca Much” to przy tym bajka dla niemowląt, ale czego to się w końcu nie robi dla odrobiny słodyczy. I tak to się skończyła historia dumnej gwiazdy. Później impreza zamieniła się w swobodne rozmowy pomiędzy gośćmi. Oczywiście nie omieszkałem się w te rozmowy włączyć. Ludzie pytali skąd jestem, po co, dlaczego, jak i w ogóle o co mi w życiu chodzi. Odpowiadałem skrupulatnie do dziesiątego razu. Potem opowieść skracałem do możliwie małych rozmiarów, by móc się bardziej poświęcić zajadaniu smakołyków. Przerwał mi jednak Eduardo i rowerami pojechaliśmy do innego domu – Casa Heppenhaim, czyli domu dla starszych chłopców. Tego spotkania trochę się obawiałem. Kiedy wjeżdżaliśmy, akurat grali w piłkę – kilkunastu chłopa, czarnoskórych z facjatami częstokroć takimi, że w nocy bez kija nie podchodź. Kilka dni później dopiero okazało się ja bardzo mylące było pierwsze wrażenie. I choć mojemu pobytowi w Brazylii często towarzyszy wspomnienie portretu pewnego pana, który popełnił w swoim życiu książkę na temat pochodzenia gatunków, to przyznam szczerze – zżyłem się z tymi facetami. Szczególnie z jednym – Joao Victorem, jako że okazał się kolegą po fachu jeśli chodzi o sztuczki magiczne. Godzinami wymienialiśmy się doświadczeniami, a nawet nakręciliśmy kilka filmów. Ale bawiłem się setnie ze wszystkimi urwisami. Skorzy do bójek, krzykliwi i często zachowujący się jak koguty, a jednocześnie bardzo pomocni, uprzejmi i niesamowicie troskliwi w stosunku do młodszych dzieci. Mieszanka trudna do przełknięcia naraz, ale z czasem nauczyłem się patrzeć na te zachowania nieco szerzej, wpasowując je w ogólnie panujący w Brazylii ideał (czyt: stereotyp) faceta – macho itp.

Początki

     Na kilka dni przed wyjazdem czułem już ściskanie w żołądku. Podróż do Brazylii planowałem od dwóch lat i teraz moje marzenie miało się spełnić. Nigdy jednak nie jechałem tak daleko. To była podróż w nieznane miejsce, do nieznanych ludzi, bez możliwości powrotu w dowolnym czasie. Wóz albo przewóz. Miałem wiele obaw przede wszystkim o to, czy nie będę miał problemów z przejazdem przez granicę. Nie mam wizy, więc teoretycznie nie wolno mi tutaj pracować w charakterze wolontariusza. O wizę oczywiście się starałem – to była jazda, ponieważ najpierw musiałem ubłagać CDC (Casa Do Caminho) żeby przysłali mi mnóstwo dokumentów, a uzyskanie tutaj dokumentów i podpisów notariuszy to droga przez mękę, więc robili to niechętnie, zwłaszcza, że wiedzieli, że wizy i tak raczej nie dostanę. Dla świętego spokoju jednak wysłali. Ja też musiałem uzbierać stos dokumentów, przetłumaczyć, latać po sądach i notariuszach, nie mówiąc o kosztach – koszmar w czterech aktach. Do ostatnich godzin wierzyłem, że wizę dostanę – do dziś nie mam odpowiedzi z ambasady. Ale może to i dobrze. Mogę tu legalnie (jako turysta) zostać 6 miesięcy. Jeśli w tym czasie wizę dostanę, to wrócę do Polski na kilka tygodni i odbiorę wizę, a potem wrócę do (już ukochanego) Rio De Janeiro – miasta kontrastów, problemów społecznych, narkotyków, alkoholu, ale przede wszystkim ludzi otwartych, ciepłych. Do miasta Samby, Ipanemy i Copacabany. Do kraju ryżu i fasoli... Ryżu i fasoli??? Tak, tak – jak pójdziecie do jakiejś restauracji i zamówicie mięso z frytkami, możecie być pewni, że dostaniecie też ryż i sos fasolowy. To pewne jak dwa i dwa to cztery. No, ale wracając do głównego wątku – wyruszyłem pełen nadziei na lepszą i świetlaną przyszłość.... Nie, heh.. nieprawda – wyruszyłem z miną szczęśliwca, ale w środku wiedziałem, że to podróż, w której od chwili wejścia do samolotu będę potrzebował wiele szczęścia, życzliwości ludzi, odwagi i siły do pokonania wszystkich trudności. To jak egzamin z życia, albo test sapera. Każda pomyłka może słono kosztować albo być po prostu ostatnią. Żadnego koła ratunkowego, żadnego telefonu do przyjaciela ani nawet „pół na pół”. Może to brzmi nazbyt patetycznie, ale jak dla mnie to właśnie tak to wyglądało. Pocieszałem się tylko, że przecież to nie jest kraj nieznany, a ja nie jestem Kolumbem płynącym „na czuja” po wodach pełnych mitycznych stworów. Ludzie tabunami tu przyjeżdżają, więc się da! I tej myśli się trzymałem.

     Po ciepłych i czułych pożegnaniach wsiadłem w samolot do Londynu. Latałem już wiele razy, ale w Londynie nie byłem jeszcze, więc było to całkiem ekscytujące. Wiecie – ciarki na plecach, adrenalina i te sprawy... Po jakichś trzech godzinach wylądowałem, wcześniej zrobiwszy sporą ilość zdjęć Londynu z lotu ptaka – żeby nie było, że nie widziałem i nie zwiedziłem najważniejszych miejsc w tym pięknym mieście. Po wyjściu z samolotu poczułem się już trochę nieswojo. Wielkie lotnisko, mnóstwo korytarzy i radź sobie człowieku. Przywykłem też do tego, że na ogół mój poziom angielskiego wystarczał, bo rozmawiałem z ludźmi na podobnym bądź niższym poziomie, a tutaj psikus! Pamiętajcie dzieci – angielski w szkole ważny jest! Czekała mnie podróż do Kornelii. Pierwszy zonk pojawił się w kasie, w której próbowałem kupić bilet autobusowy. Pani stwierdziła, że funty, które mam są nieaktualne i nic za nie nie kupię. Cudownie. Mogę oczywiście wymienić je bezpłatnie w banku. Tja... Zwłaszcza, że na lotnisku banki są na każdym rogu. W ruch poszła więc karta debetowa – do dziś nie wiem ile mnie to kosztowało. Wysiadłem z autobusu już w Oxfordzie totalnie skołowany, bo ruch lewostronny ciągle zadawał gwałt moim przyzwyczajeniom do europejskich, ludzkich i logicznych standardów ruchu prawostronnego. Nie wiem kto to wymyślił, ale miałbym mu parę rzeczy do powiedzenia! Skołowanie na szczęście szybko przeszło, bo znalazłem się w niesamowitym świecie pięknych, małych domków, średniowiecznych kościołów i ślicznych, z wysmakowaną architekturą, tajemniczych uliczek Oxfordu. Cudowna gra świateł, lamp i lampeczek w oknach, tworzyły niesamowity klimat typowo angielskiego miasteczka. Tylko ludzie jakoś tak niepotrzebnie nowocześnie ubrani...

     Poszwendałem się tu i tam czekając na Kornelię. W końcu prawie wpadłem na nią, gdy wychodziłem zza rogu kolejnej kamieniczki. Połaziliśmy jeszcze i wspólnie pojechaliśmy już do niej. W typowo angielskim, małym mieszkanku czekał już na mnie John i pyszna kolacja, wino kobiety i śpiew. Wsuwałem na zapas bo kto wie co będzie w Brazylii. Opowieściom oczywiście też nie było końca. Rano po piątej pobudka, ostatnie spojrzenia na cudne miasteczko i bratnie twarze. Potem już tylko wielki, obcy świat.

     Heathrow to wielkie, nowoczesne lotnisko. Co jeden pracownik to z innej części świata – jedni z turbanami, inni z kropkami na twarzy, kolorowi, biali, czarni. Przy bramce oczywiście musiałem „zapipczeć” więc mnie dokładnie obszukali. Potem podróż metrem po lotnisku i w końcu znalazłem się przy „Gate 52” i swoim samolocie. W około było pusto więc myślałem, że mało ludzi poleci i będę miał samolot tylko dla siebie. A tu kolejny psikus – leciało nas 450 osób. Miałem jednak miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym, więc przede mną nikt nie siedział, a toaleta 2 metry ode mnie – komforcik jednym słowem. Samolot chyba nowy więc sprzęt miał niezgorszy – każdy miał dostęp do swojego komputera z filmami, muzyką, grami i aktualnymi informacjami o locie, wysokości itp. Nie nudziłem się więc. Tylko w przerwach między filmami czułem coraz większe ściskanie w żołądku. Coraz częściej zapalała mi się w głowie wielka czerwona lampa z napisem: „Człowieku, co ty najlepszego robisz???” Pobiłem też chyba rekord częstotliwości odwiedzin w toalecie. „Wdech, wydech, wdech, wydech” - próbowałem zająć czymś myśli. Tym bardziej kiedy pod samolotem pojawił się pierwsze światła Rio De Janeiro. Nad miastem lecieliśmy dobre 20 minut – jest naprawdę wielkie. Nagle lekkie bum i ten niemiły szum wydawany przez rozgrzane opony z trudem próbujące zatrzymać wielką maszynę. Potem już tylko nogi z waty, ręce alkoholika i „Bye, bye” wyszeptane do pięknie uśmiechniętej i zmęczonej stewardessy. Nie najnowsze i nieco brudnawe korytarze ciągnęły się w nieskończoność, nieubłaganie prowadząc mnie w kierunku odprawy celnej. W kolejce ludzie nerwowo wypełniali dokumenty emigracyjne. Ja oczywiście też. Na szczęście celnicy chyba mieli dobry dzień. Panie w okienkach nikogo o nic nie pytały. Bum, bum pieczątki i następny proszę. Kiedy w moim paszporcie pojawiła się pieczątka z wyrokiem „wpuszczony” zrobiło mi się naprawdę lekko. Uff, już po wszystkim, żyję... Potem bagaże. Są? Są – kolejne uff... Wyszedłem z terminalu i obrazek jak ze starych filmów amerykańskich z doby wielkich migracji – ludzie stali z karteczkami na których widniały zachodnie imiona i nazwiska i z nadzieją wpatrując się we mnie machali nimi na prawo i lewo. Byłoby to zabawne gdyby nie to, że sam szukałem osób, które miałyby moje nazwisko na kartce. Przyjadą po mnie, nie przyjadą? Na bilecie napisane było: „Przylot 10:05PM”, a tu dopiero chwila po 20:00. Tutaj jednak kolejne miłe zaskoczenie – chyba zwiedzieli się, że przyjadę wcześniej, bo nagle z tłumu wyłoniły się znajome twarze. Znajome oczywiście tylko z internetu. Przyjechał po mnie sam Renato we własnej osobie – założyciel i prezes CDC, Eduardo – koordynator wolontariuszy oraz Emily – wolontariuszka z USA, ale urodzona w Puerto Rico. Dużo śmiechu, pierwsze dialogi i podróż na parking. Mijaliśmy kolejne samochody, a ja zastanawiałem się który zapipczy w odpowiedzi na naciśnięcie pilota.... Cóż.. Żaden nie zapipczał. Wsiedliśmy do wiekowego volksvagena, po którym widać było, że wiele przeszedł i był już zmęczony życiem. Rzężący, wręcz astmatyczny dźwięk silnika brzmiał jak ciągle powtarzane: „Dajcie mi już święty spokój – mi już tylko złomowisko pisane”. Ale nie dali mu spokoju. Wciskany w podłogę pedał gazu bezlitośnie wyciskał z auta siódme poty. No i tak to mknęliśmy przez rozświetlone autostrady, ulice i uliczki, próbując, a to po angielsku, a to po portugalsku rozwijać naszą pierwszą konwersację. Kupa śmiechu i ta błoga myśl w mojej głowie: „No to jestem... Jestem w Rio... Jestem u siebie...”

     Ulice wkrótce zmieniły się w kręte uliczki, a potem w podziurawioną, ubitą, górską drogę. Przeżyłem pierwsze safari brazylijskie. O dziwo mój żołądek też przeżył. W ogóle to muszę go pochwalić, bo zachowuje się jak do tej pory przyzwoicie i ze zrozumieniem przyjmuje wszystkie moje pomysły i brazylijskie eksperymenty pokarmowe. Po godzinnych górskich otrzęsinach, a raczej wytrzęsinach zobaczyłem kolorową bramę z wielkim napisem Casa Do Caminho Abrigo. Nawet otwierający się Sezam nie sprawiłby mi tyle radochy. Palmy, kwiaty, kwietniki i cała ta egzotyka. Wow. Podjechaliśmy pod jakieś drzwi nad którymi samotnie próbowała święcić malutka żaróweczka. Próbowała, bo prądu miała tyle co Beduin wody na pustyni. Kłódka zerwana, ale... zamek w drzwiach jest. Weszliśmy do pomieszczenia, w którym tliły się dwie żarówki robiąc charakterystyczne „dzzzyt, dzzzyt” jak w horrorach. Owionął mnie lekko stęchło swojski zapaszek i brnąc w półmroku zaczęliśmy zwiedzanie moich apartamentów. Kuchnia? No ba – jasne, że jest. Nawet lodówka, tylko że nie działa i kuchenka, tylko że gazu nie ma. No ale jest zlew i woda – zimna. No i trzeba uważać bo pod kuchnią termity wyjadły dziurę i można się zapaść. Łazienka? No ba, jest. Prysznic jak zobaczyłem to hmm. Był jakiś podgrzewacz wody, do którego doprowadzone, poklejone druty wisiały w powietrzu tuż przy ujściu wody. Na moją uwagę, że to chyba niebezpieczne dostałem bardzo uspakajającą odpowiedź: „Spoko chłopie tu prądu nie ma, więc się nie ma o co martwić”. No to super, ale... hmm. To znaczy, że ciepłej wody też nie ma. Oj..., gdzie ja jestem??? Myślałem, że tylko ja będę miał takie warunki, ale pokazano mi też inne najważniejsze pomieszczenia – wszędzie ten sam standard. Zaraz potem gospodarze się zmyli i zostaliśmy sami – ja, moje niezdecydowane myśli i jednostajny szum nocnego życia dżungli tuż za oknem... Miałem tylko nadzieję, że to „życie” nie przeniesie się do mojego łóżka w postaci pająków, węży i innych cudowności...

     „Rano” przyszło szybko, bo już o 4. Potężne rzężące kukuryku tutejszego koguta, powtarzane z zadziwiającą regularnością wybudziłoby nawet nieboszczyka. Ale i tak nie mogłem spać, no bo jak? Z takimi emocjami? W takiej sytuacji? Jak tylko się rozwidniło, postanowiłem nowymi oczami spojrzeć na wszystko. Oceniłem sytuację chłodno i bez emocji. Zaglądnąłem tu i tam, postukałem, popukałem. W sumie nie było źle. Tu się urwie, tam się doklei i jedziemy dalej. W końcu to Brazylia i sierociniec, a nie hotel pięciogwiazdkowy. Po porannej toalecie powędrowałem w stronę kuchni. Mój domek jest po drugiej stronie placu, zaraz przy kurniku i poletku z warzywami. Spodziewałem się usłyszeć odgłosy dzieci, ale nic takiego nie nastąpiło. Okazało się, że rząd zdecydował o przeniesieniu wszystkich dzieci do Xerem (takie bielany w rio), bo tam bliżej do szkół, szpitali i w ogóle tego, co oni nazywają cywilizacją. Szkoda, bo tutaj to naprawdę piękne miejsce i trochę wylali dziecko z kąpielą. Z czasem dowiedziałem się, że ogólnie rząd w Brazylii stara się od pewnego czasu być bardziej papieski niż Papież i dość nieudolnie wprowadza rozwiązania znane ze Starego Świata. Często trochę dla samej idei, zupełnie bez zrozumienia warunków i możliwości własnego kraju. Ot takie malowanie trawy na zielono. Trawa sucha i zwiędnięta, ale przynajmniej wygląda dobrze. Opowiem jeszcze o tym trochę później.

     W kuchni świeciło pustkami, był tylko jakiś starszy facet, któremu nie przeszkadzało to, że nie bardzo rozumiem co do mnie mówi. Zabrał mnie na wycieczkę po całej posiadłości. Rozumiałem tyle co widziałem, ale potok słów wypadających z ust nieznajomego był nieprzerwany. Z zaangażowaniem opowiadał o wszystkim, o owocach, budynkach, prowadził tu i tam. W końcu dał spokój i pozwolił zjeść śniadanie. Ludzie zaczęli spływać do kuchni. Zaspani, rzucali na mnie dziwne spojrzenia. „Nowy wolontariusz? A, no tak... „I szli dalej. Zaraz potem zostałem poczęstowany sucharkami i brazylijską kawą. Żadna wódka nie wykręciła mojej twarzy mocniej niż ta kawa. Przepis? Litr wody, 8 czubatych łyżek (łyżek, nie łyżeczek) cukru i 4 łyżki kawy. Mniam!