wtorek, 17 grudnia 2013

Festa do Trabalho - ciąg dalszy

     Gdy zwiedzanie Casa Heppenhaim dobiegło końca zaczął się rozdział dnia, którego nie przewidywałem. Otóż okazało się, że do CDC – czyli tam gdzie mieszkam będziemy wracać na piechotę, wraz ze wszystkimi osobami ze szkoły językowej. Zaczęło się niewinnie bo po mieście. Szliśmy wesoło rozglądając się dookoła jak turyści w Parku Jurajskim. Favele rozciągały się tu jak okiem sięgnąć, zajmując całą dolinę, otoczoną malowniczo zielonymi górami, porośniętymi dżunglą do ostatniego centymetra. Jedyne fragmenty nieporośnięte to osuwiska – pamiątka po tragicznych w skutkach ulewach ze stycznia tego roku. Wszyscy żywo komentowali te niecodzienne widoki. W naszej grupie mieszało się wiele języków, bo było to towarzystwo niemal z całego świata.

     Pierwszy kilometr poszedł gładko, ale szczerze powiem, ze rad byłbym już usiąść, a tu informacja, że jeszcze tylko 6 kilometrów. Tym razem po górach i w palącym słońcu. Pocieszające było tylko to, że wody miałem pod dostatkiem – lała mi się z czoła niczym Niagara. No ale parłem na przód, bo jakoś trzeba było dotrzymać kroku. Znajdowali się oczywiście odważni, którzy wyrywali do przodu niczym mustangi po zieloną trawę, ale zawsze kończyli tak samo – siedząc na poboczu z ciężką zadyszką. Po tych eksperymentach wracali pokornie do szeregu i pięli się mozolnie pod górkę razem z innymi. W połowie dogoniła nas „Toyota” czyli wóz terenowy należący do CDC. Na pace jechały dzieci i resztki jedzenia. Wszystkich kusiło, żeby się dosiąść, ale miejsca starczyłoby tylko dla kilku osób. Faceci ustępowali kobietom, ale te nie chciały okazać się słabsze (no cóż – znak naszych czasów) i koniec końców nikt nie wsiadł. Toyota pojechała dalej, wesoło podskakując na wszystkich dziurach i dostarczając frajdy jadącym tam dzieciom, a my z rozrzewnieniem spoglądaliśmy na ostatnią szansę zakończenia trudnej wędrówki, szansę, która niemalże w okamgnieniu znikła za zakrętem pozostawiając za sobą jedynie tumany kurzu. Mniej więcej w 2/3 trasy spotkały nas kolejne niespodzianki – tym razem bardzo miłe. Otóż gdy minęliśmy jeden z zakrętów, naszym oczom ukazała się cudny widok. Przeogromna, zielona i skąpana w Słońcu dolina. Wielkie, porośnięte dżunglą góry majestatycznie piętrzyły się do samego nieba. Powyżej bytowały już tylko nieśmiałe obłoczki i wielkie ptaszyska, cierpliwie krążące w poszukiwaniu ofiary. Rzekłbym, że otaczało nas prawdziwe morze gór. I to całe piękno rozpościerało się tuż przed naszymi stopami. W tym momencie nie wiedziałem już czy brakuje mi tchu, bo jest tak gorąco, czy dlatego, że jest tak cudnie. Z pomocą przyszła mi jednak sama przyroda – to druga niespodzianka. Doszliśmy bowiem do orzeźwiającego źródełka bijącego prosto z serca gór... Nie.... No dobra – była to plastikowa rura, wystająca ze skały i ciekło z niej trochę wody. Ale niech będzie, że „bijące z serca gór” bo to lepiej pasuje do scenerii... Tak czy siak, stanąłem jak wszyscy w kolejce. Oczywiście natychmiast zapaliła mi się wielka, czerwona lampa i rozbrzmiał w głowie głos: pij tylko z butelki, uważaj na to, uważaj na tamto!!!! O matko... Ale mi się przecież strasznie pić chce! W dodatku wszyscy piją. A niech to... Żółta febro – nadchodzę.... niech się dzieje wola Nieba! Na szczęście Niebo miało inne plany, bo przeżyłem tę próbę, a dodatkowo stałem się bogatszy o nowe doświadczenie. Nigdy nie sądziłem, że pragnienie może być tak przeogromne, a radość z jego zaspokojenia tak przejmująca. Nagle przypomniały mi się też wszystkie dowcipy zaczynające się od słów: „Idzie człowiek przez pustynię...” I jakoś przestały mnie śmieszyć!

     Dalsza część wędrówki była już prostsza. Krok za krokiem w dół z oczami wlepionymi w cudowności doliny i góry. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie to droga często przeze mnie obierana – to jedna z dwóch możliwych, jeśli chcecie się dostać z CDC do Xerem. Ta druga jest bardziej płaska, tak samo dziurawa i znacznie dłuższa – 12km, ale jedyna, jeśli jako środek podróży wybraliście rower lub pada deszcz. Wtedy krótsza zamienia się w zdradliwe potoki błota. Często nawet jadąc Toyotą – silnym potworem z wielkim silnikiem i napędem na cztery koła nieźleśmy tańczyli. A czemu nie można jechać rowerem tą krótszą jak jest sucho? Można, jak się ma normalny rower. Jest trochę stromo i trzeba się nawysilać, ale jest to możliwe. Problem w tym, że tutejsze rowery rzadko mają hamulce, a ich stan techniczny kwalifikuje je raczej na złom. Niemniej w ogólnym bilansie stanu sprzętów różnorakich, a znajdujących się w posiadaniu CDC, rowery nie wypadają najgorzej. Rower jak jedzie to jest „cool”, a jak nie, to też dobrze – zawsze można go prowadzić.

     Tak czy siak dotarłem do swojego domku i na jakiś czas się tam zaszyłem. Rześki prysznic i cień to w tym dniu największe ze spełnionych marzeń. Gdy wyszedłem, zaczynał się akurat pokaz Capoeiry. Dzieciaki wywijały zręcznie rękami i nogami w niezwykłym, tradycyjnym tańcu i choć znowu przypomniał mi się „pan z brodą” to jednak przyznać muszę, że były w tym naprawdę dobre i w pełni doceniam ich umiejętności. Cała reszta ludzi zebrana w kółko przyglądała się z uwagą i podziwem, rytmicznie klaskając w dłonie i wyznaczając tym samym tempo tańca. Wszystkich obecnych rozproszył dopiero zapach ciasta, które niesione wprost w naszą stronę, cierpliwie wyczekiwało nieuchronnie zbliżającego się przeznaczenia. Z wielką chęcią pomogłem się temu przeznaczeniu spełnić i wielki kawał ciasta wylądował w moim brzuchu. Zaraz potem przenieśliśmy się do refeitorium czyli do jadalni i wszyscy oddali się przyjemności znanej ludzkości od zarania dziejów czyli – plotkowaniu. Swoistą muzyką tła stało się oczywiście radosne szaleństwo jakiemu oddały się wszystkie młodsze dzieci. Wszędzie było ich pełno i towarzyszyły im piski, gonitwa i ogólny rozgardiasz. Chcąc na chwilę zatrzymać ten armagedon, zdecydowałem się pokazać prostą sztuczkę z długopisem, który odpowiednio kołysany zdawał się być giętki jak guma – ot złudzenie optyczne. Zostałem jednak dostrzeżony przez innego, młodego sztukmistrza no i się zaczęło. Miał przy sobie talię kart... i nie zawahał się jej użyć. Toczyliśmy swoisty pojedynek na sztuczki – kto pokaże lepszą, kto się domyśli podstępu przeciwnika. Był w tym naprawdę niezły. Momentami było mi ciężko, bo niewiele rozumiałem z tego co mówił. A mówił dużo. Przydatny okazał się oczywiście język migowy – uniwersalny na całym świecie i rozumiany przez każdą istotę z gatunku homo sapiens. Chodzi oczywiście o ten naturalny, a nie stworzony na potrzeby osób głucho-niemych.

     Jak się skończyły sztuczki, Joao Victor pokazał mi swoje rysunki. Zaciekawiłem się doprawdy mocno – sztukmistrz i do tego nieźle rysuje. Oczywiście Picasso z niego nie będzie, ale muszę przyznać, że pomimo bardzo widocznych błędów, udawało mu się w rysunkach ukazać to co najważniejsze – emocje. Świat jaki rysował był pełen emocji. Emocji dojrzałych i dobranych starannie. Jak się dłużej przypatrzeć, to można niemal usłyszeć odgłosy walki, wołanie z oddali czy radosny śmiech. To właśnie w rysunkach lubię najbardziej. Zastanawiałem się tylko, czyje emocje przedstawiały. Czy były projekcjami jego własnych przeżyć? Dużo później zrozumiałem, o co w tych rysunkach chodziło. Joao ma 14 lat i dwóch braci. Jako malutkie dziecko doświadczał wszelkiego rodzaju przemocy w rodzinie, więc został zabrany. Od tego czasu przebywał już w 12 domach dziecka. W czasie rocznego pobytu w CDC nikt z rodziny go nie odwiedził. Opiekunowie czy wolontariusze przewijali się w jego życiu jak szkiełka w kalejdoskopie. Żadnej trwałej relacji, żadnej miłości, a i zaufanie ograniczone. Nie wolno mu było na przykład używać noża (tak samo jak innym wychowankom) z obawy o to, że coś głupiego wpadnie mu do głowy. Kiepska edukacja, brak widoków na przyszłość i samotność. Tym go świat poczęstował. A jednak pomimo wszystko znalazł w sobie siłę do rozwijania pasji bycia sztukmistrzem czy malowania. Przy pierwszym spotkaniu nie da się poznać, że wiele w życiu przeszedł – głośny, radosny, chętny do zabawy. To wszystko oczywiście historia jednego z chłopaków, ale żaden z nich nie jest tu bez powodu. Wszyscy przeszli podobne doświadczenia, podobnie jak i młodsze dzieci. Szczerze powiem nóż się w kieszeni otwiera jak się słucha niektórych historii. I czuje się tą nieprzyjemną bezradność. Chciało by się zbawić świat, a tu nic zrobić nie można. I nie jest to świat znany z ckliwych programów w telewizji, z rzewną muzyką i budzącymi emocje obrazami wygłodniałych dzieci. To prawdziwa rzeczywistość, której się dotyka, smakuje i mimowolnie staje jej częścią. Bo zza opowieści o cierpieniu wyłania się też inny obraz tych dzieci. Cierpienie i krzywdy nie przechodzą obojętnie – pozostawiają trwałe ślady w psychice i to widać w ich zachowaniu. Jednak nie od razu. Cienie przeszłości wyłaniają się powoli, w miarę jak się coraz lepiej te dzieci poznaje. Utracona niewinność, rozbudzona agresja i niejednokrotnie stosowane prawa dżungli, pomieszane z wartościami i zachowaniami, które próbują im wpoić opiekunowie. Mieszanka dość wybuchowa. No i ten film niestety najczęściej nie ma happy endu. Dzieci w którymś momencie dorastają i próbują dorosłego życia na własną rękę. Są jednak zbyt głęboko poranione i – bez odpowiedniej edukacji – w końcu lądują na ulicy, a ta na nowo ich resocjalizuje. Przemoc, alkohol czy narkotyki stają się codziennością i koło się zamyka. A potem powstaje nowy problem, bo z tego szaleństwa ulicy rodzą się nowe pokolenia dzieci, na ogół z góry przez świat skazane na niepowodzenie i cierpienie. Powstało o tym wiele filmów, ale nawet najlepszy nie sprawi, że przez ekran telewizora poczujemy smród ulicy czy ból zadanych ran. Zza szyby ekranu nie poczujemy tak naprawdę życia. Tutaj kisi się ono w sosie własnym i trzeba to wypić do spółki z tymi, którzy tu żyją.

     Powiało powagą... może trochę za bardzo... Wróćmy więc do naszego wieczoru... Tak, do wieczoru, bo przez te wszystkie sztuczki i piękne malunki nie zauważyłem, że zupełnie się już ściemniło... Goście zaczęli się już rozjeżdżać, starsze dzieci też w końcu wyjechały i zostały tylko te najmłodsze. Poszalały, pobiegały, ale w końcu im się znudziło. Trzeba było coś urozmaicić, więc wpadły na pomysł wciągnięcia nowego „Tio” do zabawy. Zrobiłem wielkie oczy, bo nie rozumiałem zabawy. Nie miałem jednak wyjścia, jakieś małe palce chwyciły moje dłonie i bezlitośnie wyciągnęły z refeitorium na podwórko. Zabawa okazała się jednak prosta – berek z tym dodatkiem, że jak się stanęło na czymś wyższym – ławce, kwietniku itp. - to berek nie mógł złapać. Zabawa miała dla mnie akcent edukacyjny – nauczyłem się dwóch nowych słów. Z roześmianych ust, a to jednego, a to drugiego urwisa ciągle dobiegało: tio, aqui (wujku, tutaj) albo tio, agora (wujku, teraz). Dylemat pojawiał się jak dwoje brzdąców wpadało na ten sam pomysł porwania mnie w stronę jakiejś kryjówki. Kłopot polegał na tym, że każde chciało mnie zabrać do innej. Tio miał wtedy dylemat, który najczęściej kończył się złapaniem przez berka. No cóż, życie. Jak już zabawa wyciągnęła z tio ostatnie siły, to nadszedł czas na chowanego. I tak doszło do tego, że ja, 27 letni chłop biegałem z dzieciakami w Brazylii, pośrodku dżungli, nie rozumiejąc prawie ani słowa z tego co mówią, chowając między starymi rupieciami, zamieszkałymi przez pająki, moskity i inne ustrojstwa.... Bezcenne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz