sobota, 30 listopada 2013

Początki

     Na kilka dni przed wyjazdem czułem już ściskanie w żołądku. Podróż do Brazylii planowałem od dwóch lat i teraz moje marzenie miało się spełnić. Nigdy jednak nie jechałem tak daleko. To była podróż w nieznane miejsce, do nieznanych ludzi, bez możliwości powrotu w dowolnym czasie. Wóz albo przewóz. Miałem wiele obaw przede wszystkim o to, czy nie będę miał problemów z przejazdem przez granicę. Nie mam wizy, więc teoretycznie nie wolno mi tutaj pracować w charakterze wolontariusza. O wizę oczywiście się starałem – to była jazda, ponieważ najpierw musiałem ubłagać CDC (Casa Do Caminho) żeby przysłali mi mnóstwo dokumentów, a uzyskanie tutaj dokumentów i podpisów notariuszy to droga przez mękę, więc robili to niechętnie, zwłaszcza, że wiedzieli, że wizy i tak raczej nie dostanę. Dla świętego spokoju jednak wysłali. Ja też musiałem uzbierać stos dokumentów, przetłumaczyć, latać po sądach i notariuszach, nie mówiąc o kosztach – koszmar w czterech aktach. Do ostatnich godzin wierzyłem, że wizę dostanę – do dziś nie mam odpowiedzi z ambasady. Ale może to i dobrze. Mogę tu legalnie (jako turysta) zostać 6 miesięcy. Jeśli w tym czasie wizę dostanę, to wrócę do Polski na kilka tygodni i odbiorę wizę, a potem wrócę do (już ukochanego) Rio De Janeiro – miasta kontrastów, problemów społecznych, narkotyków, alkoholu, ale przede wszystkim ludzi otwartych, ciepłych. Do miasta Samby, Ipanemy i Copacabany. Do kraju ryżu i fasoli... Ryżu i fasoli??? Tak, tak – jak pójdziecie do jakiejś restauracji i zamówicie mięso z frytkami, możecie być pewni, że dostaniecie też ryż i sos fasolowy. To pewne jak dwa i dwa to cztery. No, ale wracając do głównego wątku – wyruszyłem pełen nadziei na lepszą i świetlaną przyszłość.... Nie, heh.. nieprawda – wyruszyłem z miną szczęśliwca, ale w środku wiedziałem, że to podróż, w której od chwili wejścia do samolotu będę potrzebował wiele szczęścia, życzliwości ludzi, odwagi i siły do pokonania wszystkich trudności. To jak egzamin z życia, albo test sapera. Każda pomyłka może słono kosztować albo być po prostu ostatnią. Żadnego koła ratunkowego, żadnego telefonu do przyjaciela ani nawet „pół na pół”. Może to brzmi nazbyt patetycznie, ale jak dla mnie to właśnie tak to wyglądało. Pocieszałem się tylko, że przecież to nie jest kraj nieznany, a ja nie jestem Kolumbem płynącym „na czuja” po wodach pełnych mitycznych stworów. Ludzie tabunami tu przyjeżdżają, więc się da! I tej myśli się trzymałem.

     Po ciepłych i czułych pożegnaniach wsiadłem w samolot do Londynu. Latałem już wiele razy, ale w Londynie nie byłem jeszcze, więc było to całkiem ekscytujące. Wiecie – ciarki na plecach, adrenalina i te sprawy... Po jakichś trzech godzinach wylądowałem, wcześniej zrobiwszy sporą ilość zdjęć Londynu z lotu ptaka – żeby nie było, że nie widziałem i nie zwiedziłem najważniejszych miejsc w tym pięknym mieście. Po wyjściu z samolotu poczułem się już trochę nieswojo. Wielkie lotnisko, mnóstwo korytarzy i radź sobie człowieku. Przywykłem też do tego, że na ogół mój poziom angielskiego wystarczał, bo rozmawiałem z ludźmi na podobnym bądź niższym poziomie, a tutaj psikus! Pamiętajcie dzieci – angielski w szkole ważny jest! Czekała mnie podróż do Kornelii. Pierwszy zonk pojawił się w kasie, w której próbowałem kupić bilet autobusowy. Pani stwierdziła, że funty, które mam są nieaktualne i nic za nie nie kupię. Cudownie. Mogę oczywiście wymienić je bezpłatnie w banku. Tja... Zwłaszcza, że na lotnisku banki są na każdym rogu. W ruch poszła więc karta debetowa – do dziś nie wiem ile mnie to kosztowało. Wysiadłem z autobusu już w Oxfordzie totalnie skołowany, bo ruch lewostronny ciągle zadawał gwałt moim przyzwyczajeniom do europejskich, ludzkich i logicznych standardów ruchu prawostronnego. Nie wiem kto to wymyślił, ale miałbym mu parę rzeczy do powiedzenia! Skołowanie na szczęście szybko przeszło, bo znalazłem się w niesamowitym świecie pięknych, małych domków, średniowiecznych kościołów i ślicznych, z wysmakowaną architekturą, tajemniczych uliczek Oxfordu. Cudowna gra świateł, lamp i lampeczek w oknach, tworzyły niesamowity klimat typowo angielskiego miasteczka. Tylko ludzie jakoś tak niepotrzebnie nowocześnie ubrani...

     Poszwendałem się tu i tam czekając na Kornelię. W końcu prawie wpadłem na nią, gdy wychodziłem zza rogu kolejnej kamieniczki. Połaziliśmy jeszcze i wspólnie pojechaliśmy już do niej. W typowo angielskim, małym mieszkanku czekał już na mnie John i pyszna kolacja, wino kobiety i śpiew. Wsuwałem na zapas bo kto wie co będzie w Brazylii. Opowieściom oczywiście też nie było końca. Rano po piątej pobudka, ostatnie spojrzenia na cudne miasteczko i bratnie twarze. Potem już tylko wielki, obcy świat.

     Heathrow to wielkie, nowoczesne lotnisko. Co jeden pracownik to z innej części świata – jedni z turbanami, inni z kropkami na twarzy, kolorowi, biali, czarni. Przy bramce oczywiście musiałem „zapipczeć” więc mnie dokładnie obszukali. Potem podróż metrem po lotnisku i w końcu znalazłem się przy „Gate 52” i swoim samolocie. W około było pusto więc myślałem, że mało ludzi poleci i będę miał samolot tylko dla siebie. A tu kolejny psikus – leciało nas 450 osób. Miałem jednak miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym, więc przede mną nikt nie siedział, a toaleta 2 metry ode mnie – komforcik jednym słowem. Samolot chyba nowy więc sprzęt miał niezgorszy – każdy miał dostęp do swojego komputera z filmami, muzyką, grami i aktualnymi informacjami o locie, wysokości itp. Nie nudziłem się więc. Tylko w przerwach między filmami czułem coraz większe ściskanie w żołądku. Coraz częściej zapalała mi się w głowie wielka czerwona lampa z napisem: „Człowieku, co ty najlepszego robisz???” Pobiłem też chyba rekord częstotliwości odwiedzin w toalecie. „Wdech, wydech, wdech, wydech” - próbowałem zająć czymś myśli. Tym bardziej kiedy pod samolotem pojawił się pierwsze światła Rio De Janeiro. Nad miastem lecieliśmy dobre 20 minut – jest naprawdę wielkie. Nagle lekkie bum i ten niemiły szum wydawany przez rozgrzane opony z trudem próbujące zatrzymać wielką maszynę. Potem już tylko nogi z waty, ręce alkoholika i „Bye, bye” wyszeptane do pięknie uśmiechniętej i zmęczonej stewardessy. Nie najnowsze i nieco brudnawe korytarze ciągnęły się w nieskończoność, nieubłaganie prowadząc mnie w kierunku odprawy celnej. W kolejce ludzie nerwowo wypełniali dokumenty emigracyjne. Ja oczywiście też. Na szczęście celnicy chyba mieli dobry dzień. Panie w okienkach nikogo o nic nie pytały. Bum, bum pieczątki i następny proszę. Kiedy w moim paszporcie pojawiła się pieczątka z wyrokiem „wpuszczony” zrobiło mi się naprawdę lekko. Uff, już po wszystkim, żyję... Potem bagaże. Są? Są – kolejne uff... Wyszedłem z terminalu i obrazek jak ze starych filmów amerykańskich z doby wielkich migracji – ludzie stali z karteczkami na których widniały zachodnie imiona i nazwiska i z nadzieją wpatrując się we mnie machali nimi na prawo i lewo. Byłoby to zabawne gdyby nie to, że sam szukałem osób, które miałyby moje nazwisko na kartce. Przyjadą po mnie, nie przyjadą? Na bilecie napisane było: „Przylot 10:05PM”, a tu dopiero chwila po 20:00. Tutaj jednak kolejne miłe zaskoczenie – chyba zwiedzieli się, że przyjadę wcześniej, bo nagle z tłumu wyłoniły się znajome twarze. Znajome oczywiście tylko z internetu. Przyjechał po mnie sam Renato we własnej osobie – założyciel i prezes CDC, Eduardo – koordynator wolontariuszy oraz Emily – wolontariuszka z USA, ale urodzona w Puerto Rico. Dużo śmiechu, pierwsze dialogi i podróż na parking. Mijaliśmy kolejne samochody, a ja zastanawiałem się który zapipczy w odpowiedzi na naciśnięcie pilota.... Cóż.. Żaden nie zapipczał. Wsiedliśmy do wiekowego volksvagena, po którym widać było, że wiele przeszedł i był już zmęczony życiem. Rzężący, wręcz astmatyczny dźwięk silnika brzmiał jak ciągle powtarzane: „Dajcie mi już święty spokój – mi już tylko złomowisko pisane”. Ale nie dali mu spokoju. Wciskany w podłogę pedał gazu bezlitośnie wyciskał z auta siódme poty. No i tak to mknęliśmy przez rozświetlone autostrady, ulice i uliczki, próbując, a to po angielsku, a to po portugalsku rozwijać naszą pierwszą konwersację. Kupa śmiechu i ta błoga myśl w mojej głowie: „No to jestem... Jestem w Rio... Jestem u siebie...”

     Ulice wkrótce zmieniły się w kręte uliczki, a potem w podziurawioną, ubitą, górską drogę. Przeżyłem pierwsze safari brazylijskie. O dziwo mój żołądek też przeżył. W ogóle to muszę go pochwalić, bo zachowuje się jak do tej pory przyzwoicie i ze zrozumieniem przyjmuje wszystkie moje pomysły i brazylijskie eksperymenty pokarmowe. Po godzinnych górskich otrzęsinach, a raczej wytrzęsinach zobaczyłem kolorową bramę z wielkim napisem Casa Do Caminho Abrigo. Nawet otwierający się Sezam nie sprawiłby mi tyle radochy. Palmy, kwiaty, kwietniki i cała ta egzotyka. Wow. Podjechaliśmy pod jakieś drzwi nad którymi samotnie próbowała święcić malutka żaróweczka. Próbowała, bo prądu miała tyle co Beduin wody na pustyni. Kłódka zerwana, ale... zamek w drzwiach jest. Weszliśmy do pomieszczenia, w którym tliły się dwie żarówki robiąc charakterystyczne „dzzzyt, dzzzyt” jak w horrorach. Owionął mnie lekko stęchło swojski zapaszek i brnąc w półmroku zaczęliśmy zwiedzanie moich apartamentów. Kuchnia? No ba – jasne, że jest. Nawet lodówka, tylko że nie działa i kuchenka, tylko że gazu nie ma. No ale jest zlew i woda – zimna. No i trzeba uważać bo pod kuchnią termity wyjadły dziurę i można się zapaść. Łazienka? No ba, jest. Prysznic jak zobaczyłem to hmm. Był jakiś podgrzewacz wody, do którego doprowadzone, poklejone druty wisiały w powietrzu tuż przy ujściu wody. Na moją uwagę, że to chyba niebezpieczne dostałem bardzo uspakajającą odpowiedź: „Spoko chłopie tu prądu nie ma, więc się nie ma o co martwić”. No to super, ale... hmm. To znaczy, że ciepłej wody też nie ma. Oj..., gdzie ja jestem??? Myślałem, że tylko ja będę miał takie warunki, ale pokazano mi też inne najważniejsze pomieszczenia – wszędzie ten sam standard. Zaraz potem gospodarze się zmyli i zostaliśmy sami – ja, moje niezdecydowane myśli i jednostajny szum nocnego życia dżungli tuż za oknem... Miałem tylko nadzieję, że to „życie” nie przeniesie się do mojego łóżka w postaci pająków, węży i innych cudowności...

     „Rano” przyszło szybko, bo już o 4. Potężne rzężące kukuryku tutejszego koguta, powtarzane z zadziwiającą regularnością wybudziłoby nawet nieboszczyka. Ale i tak nie mogłem spać, no bo jak? Z takimi emocjami? W takiej sytuacji? Jak tylko się rozwidniło, postanowiłem nowymi oczami spojrzeć na wszystko. Oceniłem sytuację chłodno i bez emocji. Zaglądnąłem tu i tam, postukałem, popukałem. W sumie nie było źle. Tu się urwie, tam się doklei i jedziemy dalej. W końcu to Brazylia i sierociniec, a nie hotel pięciogwiazdkowy. Po porannej toalecie powędrowałem w stronę kuchni. Mój domek jest po drugiej stronie placu, zaraz przy kurniku i poletku z warzywami. Spodziewałem się usłyszeć odgłosy dzieci, ale nic takiego nie nastąpiło. Okazało się, że rząd zdecydował o przeniesieniu wszystkich dzieci do Xerem (takie bielany w rio), bo tam bliżej do szkół, szpitali i w ogóle tego, co oni nazywają cywilizacją. Szkoda, bo tutaj to naprawdę piękne miejsce i trochę wylali dziecko z kąpielą. Z czasem dowiedziałem się, że ogólnie rząd w Brazylii stara się od pewnego czasu być bardziej papieski niż Papież i dość nieudolnie wprowadza rozwiązania znane ze Starego Świata. Często trochę dla samej idei, zupełnie bez zrozumienia warunków i możliwości własnego kraju. Ot takie malowanie trawy na zielono. Trawa sucha i zwiędnięta, ale przynajmniej wygląda dobrze. Opowiem jeszcze o tym trochę później.

     W kuchni świeciło pustkami, był tylko jakiś starszy facet, któremu nie przeszkadzało to, że nie bardzo rozumiem co do mnie mówi. Zabrał mnie na wycieczkę po całej posiadłości. Rozumiałem tyle co widziałem, ale potok słów wypadających z ust nieznajomego był nieprzerwany. Z zaangażowaniem opowiadał o wszystkim, o owocach, budynkach, prowadził tu i tam. W końcu dał spokój i pozwolił zjeść śniadanie. Ludzie zaczęli spływać do kuchni. Zaspani, rzucali na mnie dziwne spojrzenia. „Nowy wolontariusz? A, no tak... „I szli dalej. Zaraz potem zostałem poczęstowany sucharkami i brazylijską kawą. Żadna wódka nie wykręciła mojej twarzy mocniej niż ta kawa. Przepis? Litr wody, 8 czubatych łyżek (łyżek, nie łyżeczek) cukru i 4 łyżki kawy. Mniam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz