Dnia następnego ucichły wojenne wrzawy dzieciaków i zastąpił je jednostajny szum dżungli przetykany śpiewem ptaków i pianiem koguta, który tradycyjnie mnie obudził. Jako, że była niedziela, wolontariusze postanowili zrobić wspólne śniadanko. Towarzystwo doborowe: ja z Polski, Eduardo z Meksyku, Debora z Portugalii, Melani ze Stanów Zjednoczonych i Winicjusz – tubylec. W starej kuchni jak z cygańskiego obozu powstawały wolontariuszowe pyszności. Z lodówki, z której wyjątkowo poza światłem było też coś do jedzenia, wyciągnięto co się dało. Na starej drewnianej ławie powstały pyszne bułeczki z ciasta do pizzy. Zapachniało też świeżo krojonymi tropikalnymi owocami i bardziej tradycyjną potrawą, zwaną jajecznicą. Jajecznica była o tyle niezwykła, że zrobiona była ze świeżutkich jajek tropikalnych kur. A raczej kur żyjących w tropikach, bo wygląd miały raczej europejski. Ale zawsze to jakieś urozmaicenie. Stara, do granic możliwości zerdzewiała kuchenka dzielnie poradziła sobie z zadaniami i po godzince przygotowań zasiedliśmy do stołu, na werandzie. Stół, a raczej stolik był na tyle mały, że ledwo mieścił mnogość naszych potraw, co sprawiało wrażenie, że tego jedzenia jest dużo. Na około stały stare, „oldschoolowo” obdrapane i poniszczone fotele z wielkimi poduchami. Zupełnie jak na filmach, także i tu mijała spora chwila od czasu dotknięcia owej poduchy w czasie siadania, do czasu osiągnięcia właściwego poziomu siedzenia. Ciężar ciała powodował powolne wypuszczanie powietrza przez poduchy. Dało się to nawet zaobserwować wzrokiem, bo powietrze to pełne było kurzu. Każdy z odrobiną zacięcia do fizyki i eksperymentów miałby sporo frajdy z obserwacji kurzowych zawirowań wytwarzanych przez powietrze wyciskane z poduchy przez siadającą na nich osobę. Ja miałem mniej frajdy, bo cały kurz trzeba było szybko odgonić by nie spenetrował naszych talerzy z pysznościami. Po zasiądnięciu zaczęliśmy się raczyć nie tylko jedzeniem, ale i widokami. Przed nami bowiem – jako, że domek stał na wzgórzu – rozciągała się wielka i skąpana w słońcu dolina, na której końcu majaczył majestatycznie łańcuch górski. Tuż za werandą natomiast rozpościerał się las bambusowy, miarowo kołyszący się wraz z podmuchami świeżego, porannego wietrzyku. Całemu widokowi smaku dodawał chór ptaków i świerszczy. Zaiste rajska chwila.... którą na chwilę przerwała konwersacja Eduardo z Deborą – znowu się o coś posprzeczali. Niewiele rozumiałem, bo rozmawiali szybko po portugalsku, ale miałem też trochę ubawu, bo przypomniały mi się wszystkie Esmeraldy i inne tasiemce brazylijskie. No scena jak z telewizora wzięta. Pociesznie to wyglądało i w sumie poza samymi zainteresowanymi wszystkich innych rozbawiło, co dało się poznać po ukradkiem rzucanych, znaczących spojrzeniach śmiejących się oczu.
     Najedliśmy się wszyscy do syta. Zarówno my, jak i pająki, które tuż nad naszymi głowami ucztowały, zajadając świeże i chrupiące owady – owoc porannego polowania....
     Skoro jesteśmy w temacie jedzenia, to nie wspominałem jeszcze chyba o wielkim, tutejszym przysmaku czyli „Açai” (czyt: asaji). Pyszności te można nabyć na drodze kupna – sprzedaży w wielu miejscach w Xerem, ale tylko w niektórych wiedzą jak porządnie je przygotować. Gdy podeszliśmy do budki, ogarnęła mnie niepewność. Jak to jest, że w zasadzie sam nie byłbym w stanie kupić sobie Açai, bo nie poradziłbym sobie językowo. Kiepska sprawa – czeka mnie dużo nauki. Na szczęście był Eduardo, który sprawnie zamówił dwie „kompletne” porcje. „Kompletne”, czyli zawierające oprócz samego Açai wiele rodzajów orzeszków oraz polewę do wyboru. Po chwili przygotowań w moje ręce trafił plastikowy kubeczek z serwetką i oczywiście całą zawartością. Orzeszki i polewa mieszały się z czymś o konsystencji zmrożonego dżemu o fikuśnym, granatowym kolorze. A smak? Hmmmm.... niebiański!!! W tak gorący dzień, kubeczek lodowatego Açai to było naprawdę coś! Dopiero wiele dni później dowiedziałem czym w zasadzie jest Açai. Są to po prostu zmiksowane jagody. Z tym, że tutaj te jagody są dużo słodsze niż w Europie. Jest też pewnie trochę chemii, no ale gdzie jej nie ma... Tak czy siak Jagody te stały się moim ulubionym przysmakiem.
     Dnia następnego miało się odbyć spotkanie robocze o godzinie 8. Wszyscy oczywiście spóźnili się, tym razem dość nie modnie bo jedynie o godzinę. Na spotkaniu omawialiśmy wszelkie zmiany jakie mają zajść, a miało ich być naprawdę sporo. Ale o tym później. Po spotkaniu Winicjusz zabrał nas do horty i oprowadzając tłumaczył jak oporządzać pole, karmić kury, pielęgnować drzewka owocowe. Było to wielce pouczające, choć momentami myślenie mi się wyłączało w związku z uczuciem pobytu w raju. Tyle tu drzewek, zagajników. Wszystko kwitnące i pachnące. Wszystko rozśpiewane śpiewem ptaków i brzęczeniem innych, polnych stworzeń. Cud, miód i orzeszki.
     Nieco później zjechaliśmy autem do Casa Beek. Melani rozpoczęła swój dyżur, a ja, Eduardo i Debora poszliśmy na obiad do pobliskiego baru rybnego, gdzie jak na rybny bar przystało, zamówiłem sporą porcję mięsa i frytek. Obok zamówionego zestawu – tradycyjnie – dostałem też talerz ryżu i miskę „feijaõ” (czyt: fejżau), czyli czerwonej, gotowanej na tutejszy sposób czerwonej fasoli. Zestaw bardzo pasujących do siebie potraw został jednak szybko zmieciony z talerza z powodu zwykłego głodu. W trakcie obiadku dowiedziałem się też wielu nieoficjalnych informacji o tubylcach. Wielce konspiracyjny ton rozmówców kazał mi nasłuchiwać z uwagą, ale po chwili zorientowałem się, że to najzwyklejsza „fofoka” czyli plotki o sprawach dobrze mi znanych z innych organizacji. Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Gdzie ludzie ze sobą pracują, tam jedni na drugich nadają, często koloryzując świętym oburzeniem i próbując na zapas przeciągnąć rozmówcę na swoją stronę, by w razie plotkowego odwetu nie pozostać na spalonej pozycji. Heh... Jakie to ludzkie...
     Po obiadku jeszcze wizyta w banku, gdzie Edu uczył mnie obsługi bankomatu, która to obsługa znacząco różni się od tej w Europie i zaraz potem wsiedliśmy w autobus do Raju... Znaczy do Rio... pierwsza podróż nie wypadła najlepiej, jeśli chodzi o warunki. Autobus mocno wysłużony i wyglądający na taki „wielokrotnie przekazywany bratnim narodom”. Kto czytał Cejrowskiego to wie, o co chodzi. Na dziurawej drodze podskakiwał mocno. Nieraz zdawało mi się, że kiedy po podskoku podwozie już znalazło się z powrotem na ziemi, to całe nadwozie jeszcze lewitowało w powietrzu. Wszystko się trzęsło i skrzypiało. Kierowca się jednak tym nie przejmował i pędził na złamanie karku. Jedyny honor jaki trzeba temu autobusowi oddać to to, że klimatyzacja działała nadzwyczaj sprawnie. Po chwili zrobiło mi się zimno. Ale cóż tam, ważniejsze były widoki. Piękne pejzaże, szerokie doliny i łańcuchy górskie, oglądane z perspektywy czteropasmowej autostrady. To wszystko robiło wrażenie. Przez pewien czas dobre. Wraz ze zbliżaniem się do Rio ogarnął mnie lekki niepokój. Przejechaliśmy bowiem przez most na jakiejś rzecze. Jeśli chcecie wiedzieć jaki miała kolor i konsystencję, to zmieszajcie czarną farbę z wodą tak, by powstała gęsta maź. Dokładnie tak to wyglądało. Na brzegach oczywiście tony różnorakich śmieci, toreb, plastików. No i ten smród... mimowolnie robiłem wielkie oczy i zrobiło mi się smutno, ale to nie pomogło. Śmieci dalej tam były. I coraz ich więcej i więcej. Zaraz potem wjechaliśmy na favelowe przedmieścia. Niedbale poustawiane domki z gołych cegieł, wąskie uliczki i śmieci. Miałem wrażenie, że nieopodal było wysypisko śmieci na które ktoś zrzucił bombę, rozsypując śmieci po całej okolicy. Oczywiście w śmietnisku tym tętniło życie. Jedni ludzie śmieci dorzucali, inni w nich grzebali. Nigdy nie zapomnę widoku umorusanych dzieci, nurkujących w stosie śmieci w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, czy ubrania. Żaden film nie jest w stanie oddać rzeczywistości, bo często od tej rzeczywistości dzieli nas ekran i całe kontynenty odległości. Tutaj dzieliło mnie kilka metrów i szyba autobusu. Favele ciągnęły się kilometrami ukazując straszny obraz życia milionów ludzi, gnieżdżących się w swych małych klitkach w warunkach bardzo ciężkich. Przygnębiający to widok. Zupełnie inny niż na pocztówkach i filmach o Rio – królestwie samby i światowego biznesu. Teraz miasto to zdawało mi się być jednym wielkim kontrastem w szerokim tego słowa znaczeniu. A jaka jest tego miasta historia?
     Zatoka, nad którą leży Rio de Janeiro, została odkryta przez pierwszego Europejczyka na tych terenach, Portugalczyka Gaspara de Lemos 1 stycznia 1502. Nazwał ją "Styczniowa rzeka", ponieważ sądził, że to ujście rzeki, a nie zatoka. Samo miasto Rio de Janeiro zostało założone 1 marca 1565. Poważniejszy rozwój miasta nastąpił w XX wieku. Rio de Janeiro (port. Rzeka Styczniowa) – jest miastem usytuowanym w południowo-wschodniej części Brazylii nad Atlantykiem. Położone na wyżynie, wśród wzgórz, m.in. znana "Głowa Cukru" - Pão de Açúcar, nad zatoką Guanabara. Tu ciekawosta – owa „głowa cukru”, to tłumaczenie wyjątkowo nietrafione, bowiem w wolnym tłumaczeniu oznacza to „chleb cukrowy”. Stolica stanu Rio de Janeiro. Od 1808 do 1821 roku faktyczna stolica Portugalii - rodzina królewska z Janem VI na czele schroniła się tutaj przed inwazją wojsk napoleońskich. W latach 1822-1960 Rio de Janeiro było stolicą niepodległej Brazylii, zanim powstała Brasilia.
     Ludność: ok. 5,6 mln, zespół miejski ok. 11,6 mln (2005), drugie co do wielkości miasto Brazylii, po São Paulo. Mieszkańców Rio de Janeiro określa się mianem carioca. Powierzchnia: 489 mil² (ok. 1256 km²)
     Miasto słynie ze swych pięknych plaż (np. Copacabana, Ipanema), olbrzymiego posągu Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) na górze Corcovado, ale przede wszystkim z corocznie obchodzonego karnawału.
Bardzo fajnie czyta sie Twój "swoisty" pamiętnik podróżniczy ;)
OdpowiedzUsuńMoje wielkie marzenie: BRAZYLIA ;)
Serdecznie Pozdrowienia,
Ula